Dobra pogoda

Zapalonemu łowcy aura zawsze sprzyja, a polowanie to przede wszystkim pretekst, by spotkać się w doborowym gronie.

„Dobra pogoda”

dobra-pogoda-1-web

W piątek wieczorem zadzwonił Franek – prezes.

– Jedziesz?

Nie miałem wielkiej ochoty, ale Franka nie bez kozery zwą „bolszewi­kiem” i stawanie mu w poprzek nie bardzo mi się uśmiechało. Potwierdzi­łem, że jadę, bo cóż miałem rzec. W sobotę od rana padało żabami, czyli lało jak z cebra. Mam kurtkę z amerykańską mem­braną i dotychczas mnie nie zawiodła. Może i tym razem…

Spotkaliśmy się pod domem Bolka i stamtąd ruszyliśmy zagonem wprost do łowiska. Z nieba nadal lało. Zaraz przypominał się stary dowcip – „patrz, a ten mój stary na polowanie poszedł…”. Prezes Janusz i łowczy Marek przywitali nas jak zwykle serdecznie. Na zbiórce miało być 30 kolegów, przybyło 18.

Mokre drewno nie bardzo chciało się palić, a sygnały grane przez Mariana i jego syna brzmiały… cokolwiek smutno. Atmosfera w bonanzie całkiem wesoła, dowcipy krążyły wokoło. Tylko Zbychu – zwany „gończym polskim” – stwierdził na poważnie:

– Panowie, na polowanie pogoda jest tylko dobra albo bardzo dobra. Dzisiaj jest dobra…
– Co racja, to racja – stwierdził Jarek, ale to młody myśliwy i jeszcze niewiele w życiu widział…
– Numery od 1 do 5 wysiadać!

Ruch zrobił się w bonanzie. Kiedy wszyscy już wysiedli, nagle zerwał się ktoś ze środkowej ławki.

– A 4 to jest między 1 a 5? – gromki śmiech mało nie przewrócił pojazdu.

Pierwszy miot. Ruszyliśmy za Markiem – po podmokłej łące, woda w butach, woda z nieba. Oj, nie zapowiadało się ciekawie. W dodatku tuż przy mnie ustawił się facet z kamerą filmową. Co tu ukrywać – irytował mnie. Ani ziewnąć, ani zrobić siusiu.

– Pieski grają… Cholera idą prosto na mnie – pomyślałem, wstając ze stołka. Kciuk na bezpiecznik, głowa w prawo, głowa w lewo… Nic, granie oddala się…

Koniec miotu. Widziałem zajączka. Przynajmniej coś. Na lewej flance widzieli byka, których nie strzelamy. Opowieść o wieńcu wywołuje adrena­linę całej grupy.
Drugi miot. Miałem jedynkę, więc zostałem jako pierwszy. Długo i cicho. Ani psów, ani naganki. Powoli czułem, jak kapelusz staje się coraz cięższy.

Kiedy schodziliśmy na miejsce zbiórki, okazało się, że Bolek naszą bonanzą wjechał do rowu i trzeba go wyciągać. Na szczęście znalazł się porządny trak­tor, ale cała operacja trwała, a z nieba wciąż padało żabami.

W trzeciej gonitwie przypadło mi piękne stanowisko przy młodniku. Pomyślałem, że mam dużą szansę na dzika. Pieski zagrały tuż po trąbce. Gon przesuwał się w prawo, sąsiad podniósł się, mierząc w miot. Po chwili opuścił strzelbę. Usiadłem więc na stołku, czując, jak z tylnego ronda kapelusza leciały krople. Przypomniała mi się piosenka ze świetnego filmu „Butch Cassidy i Sundance Kid” i przed oczyma wyobraźni dostrzegłem Paula Newmana w strugach deszczu kręcą­cego rowerem kółka przed prześliczną Katharine Ross.

Jakiś rumor po prawej – zerwałem się ze stołka i zobaczyłem, jak przez drogę przeskakuje… No właśnie, co? Niby łania, ale chyba na głowie są dwa małe guzki. Złożyłem się, ale nie pociągną­łem za spust – cel nie do końca rozpo­znany, nie ma strzelania…

Zeszliśmy ze stanowisk i łowczy oznajmił:

– Panowie! Przerwa na śniadanie, a potem albo znajdziemy zwierzynę, albo zatańczę nago na stole.
lowiec_baner_11_2016

lowiec_baner_09_2016_2 lowiec_baner_09_2016_3

 

Sergiusz Piasecki / il. Michał Nowakowski

dobra-pogoda-2-web

  • ________________________

  • Warto przeczytać

    • ©Łowiec Polski 2013
    • projekt - Unia Interactive

    Facebook

    Twitter