Eksterminacja na antypodach

Nowa Zelandia to pierwszy kraj, którego rząd z niespotykaną wcze­śniej determinacją podjął walkę z gatun­kami inwazyjnymi.

Jeśli się uda, Nowa Zelandia uwolni się od inwazyjnych ssa­ków drapieżnych dziesiątkujących tamtejsze rodzime gatunki. To pierwszy kraj, którego rząd z niespotykaną wcze­śniej determinacją podjął walkę z gatun­kami inwazyjnymi. Na celowniku znala­zły się między innymi szczury, oposy i łasice, ale również koty domowe.

Premier Nowej Zelandii ogłosił śmiały plan ochrony rodzimej przyrody. Projekt zakłada uwolnienie tego kraju od inwazyjnych gatunków drapież­ników do 2050 roku. Wyspy Nowej Zelandii odizolowane są od większych mas lądu od czasu rozpadu Gondwany – superkontynentu w mezozoiku, obejmującego dzisiejszą Australię, Antarktydę, Amerykę Południową, Afrykę z Madagaskarem, część Indii oraz południowe fragmenty Europy. Między innymi z tego powodu w Nowej Zelandii wyewoluowały unikatowe dla wysp gatunki roślin i zwierząt, a także nie pojawiło się tam wiele gatunków obecnych w innych częściach świata. Jeszcze do niedawna jedynym rodzi­mym gatunkiem ssaków lądowych były tam nietoperze.

Sytuacja uległa zmianie zale­dwie około 1000 lat temu, kiedy to na wyspach pojawili się pierwsi ludzie, przywożąc ze sobą obce gatunki zwierząt. Proces ten uległ drastycznemu przyspieszeniu od 1642 roku, wraz z pojawieniem się europejskich żeglarzy i osadników. Do delikatnego ekosys­temu trafiły wówczas gatunki stano­wiące dla rodzimej przyrody Nowej Zelandii ogromne zagrożenie. Ich eks­pansja, pozbawiona kontroli ze strony naturalnych wrogów, doprowadziła do masowej eksterminacji i wymiera­nia rodzimych gatunków, czemu kres ma położyć ogłoszony 25 lipca br. rządowy plan ochrony przyrody.

Zadanie jest wyjątkowo ambitne i wyjątkowo trudne. Zakłada między innymi eksterminację wszystkich inwazyjnych szczurów, oposów i łasic zamieszkujących Nową Zelandię, która w porównaniu do gęstości zaludnie­nia jest krajem rozległym, pokrytym trudno dostępnymi górami i lasami. Już teraz na pestycydy, pułapki i truciznę zrzucaną ze śmigłowców tamtejszy rząd wydaje rocznie około 50 milio­nów dolarów. Projekt zakłada znaczące zwiększenie tego budżetu i przekazanie go kontrolowanej przez państwo firmie Predator Free New Zealand Limited. Specjaliści są zgodni, że najwięk­szym wyzwaniem pozostaje edukacja społeczna.

– Jeden właściciel ziemski może uważać ssaki za szkodniki i chętnie się ich pozbędzie, podczas gdy jego sąsiad może sądzić, że są urocze i nie zechce pozwolić, by je zabijano – stwierdza Rick Boatner, specjalista ds. gatunków inwazyjnych z Oregon Department of Fish and Wildlife. Może się więc okazać, że zachowane zostaną ostoje, z których gatunki inwazyjne wciąż będą mogły się rozprzestrzeniać.

Nowa Zelandia może się jednak poszczycić sporymi sukcesami i dużym doświadczeniem pod względem eduka­cji społecznej – dla przykładu tamtejsze organizacje ekologiczne od dawna prze­konują dzieci, że śliczne jeże masowo zabijają miejscowe endemiczne owady i lepiej byłoby się ich pozbyć. Nikomu nie trzeba tłumaczyć, że inwazyjne ssaki każdego roku zabijają miliony rodzimych ptaków, z których wiele gatunków znajduje się dziś na krawędzi przetrwania.

Rząd w Wellington ma świado­mość, że postawił sobie bardzo wysoko poprzeczkę i z niespotykaną wcześniej determinacją stara się wyeliminować wszelkie zagrożenia dla powodzenia tego projektu. Nowa Zelandia od dawna prowadzi badania nad zagrożeniem i wpływem wywieranym na rodzimą przyrodę przez trucizny czy pułapki. Jak dotąd eksperymenty wskazują, że masowa eksterminacja gatunków inwazyjnych przyniesie same korzyści, a większość zagrożeń da się kontro­lować – stwierdzono na przykład, że dodanie cynamonu do trucizny powoduje, że rodzime ptaki tracą zain­teresowanie taką przynętą.

Odrębnym i bodaj największym wyzwaniem pozostają domowe koty. Przyrodnicy podkreślają, że nawet jeśli program odniesie całkowity sukces, w nowozelandzkich domach wciąż pozostawać będzie olbrzymia liczba kotów, które z wyjątkową skutecznością dziesiątkują rodzime gatunki. Niektó­rzy twierdzą wręcz, że dla powodzenia projektu konieczne jest wprowadzenie zakazu hodowli i przetrzymywania kotów na całym obszarze kraju. Rząd nie porusza na razie tej drażliwej kwe­stii, silnie wspierając jednak pozarzą­dowe projekty edukacyjne, namawia­jące mieszkańców, by nie wypuszczali kotów z domu, a gdy zwierzę padnie, by nie brali kolejnego.

Aleksander Taras / fot. GettyImages

  • ________________________

  • Warto przeczytać

    • ©Łowiec Polski 2013
    • projekt - Unia Interactive

    Facebook

    Twitter