Fałszywy alarm

Park Zdrojowy wraz z tęż­niami to symbol Ciechocinka. W marcową niedzielę kuracju­sze dostrzegli jenota. Siedział na trawniku pod drzewem i nie reagował na krzyki.

fot. shutterstock

– Zabezpieczyliśmy teren i powiado­miliśmy urząd miasta, bo to on odpo­wiada za dzikie zwierzęta w przestrzeni publicznej – informuje Marta Błacho­wicz z Komendy Powiatowej Policji w Aleksandrowie Kujawskim.

Urzędnicy uznali, że skoro jenot nie ucieka, to pewnie jest wściekły. Dali znać powiatowemu lekarzowi wete­rynarii w Aleksandrowie. Ten zlecił interwencję weterynarzowi wolnej praktyki z Ciechocinka. Doktor przyje­chał. Uznał, że sprawa jest podejrzana. Postanowił zwierza poddać kwaran­tannie. Schronisko, z którym ciecho­ciński magistrat ma umowę, odmówiło pomocy. Podobnież nie ma sprzętu do łapania dzikich zwierząt ani moż­liwości przetrzymywania ich. Doktor nie chciał ryzykować. Wezwał myśli­wego z miejscowego koła łowieckiego, który na wniosek weterynarza jenota zastrzelił.

Tusza poszła do badań z Zakładzie Higieny Weterynaryjnej w Bydgoszczy. Zarówno wstępne testy immunofluorescencyjne, jak i ostateczne badanie biologiczne wykluczyły wściekliznę. Innych badań Powiatowy Inspektorat Weterynarii nie zlecił, bo musiałby za nie zapłacić.

Czy decyzja o zabiciu była uzasad­niona? Powiatowy lekarz weterynarii dał wolną rękę prywatnemu wetery­narzowi, działającemu z jego upoważ­nienia, i jest z jego usługi zadowolony. Z kolei doktor, który nakazał odstrzał, w rozmowie z „Łowcem Polskim” stwierdził, że nie będzie niczego wyjaśniać.

W sprawie tej zastosowanie mogą mieć jedynie dwa zapisy ustawy o ochronie zwierząt. Pierwszy z nich zezwala na zabicie zwierzęcia, jeśli jest to niezbędne do usunięcia poważnego zagrożenia sanitarnego.

Kolejny mówi o usuwaniu osobników bezpośrednio zagrażających ludziom lub zwierzętom, jeżeli nie jest możliwy inny sposób usunięcia zagrożenia. Decyzja weteryna­rza budzi kontrowersje, bo trudno uznać wystraszonego jenota w dużym parku za „poważne zagrożenie sanitarne”. Zwierz bezpośrednio nikomu nie zagra­żał, natomiast z całą pewnością większa staranność w działaniu i zwykła dobra wola pozwoliłyby znaleźć inny moż­liwy sposób usunięcia potencjalnego zagrożenia. Myśliwy nie musiał wyko­nywać poleceń weterynarza, a skoro się egzekucji podjął – wziął rzecz na swoje sumienie. Historia ujawniła przede wszystkim słabość służb miejskich Ciechocinka, nieprzygotowanych na rozwiązanie takiego problemu.

Incydent ma tylko jedną pozytywną stronę. Wykazał, że w regionach naszego kraju, uznanych za wolne od wściekli­zny, choroby tej rzeczywiście nie ma. Szczepienia z samolotów rozpoczęły się w Polsce w 1993 roku. Zanotowano wówczas 2648 przypadków wścieklizny, z czego większość u lisów. W 2014 roku stwierdzono zaledwie 105 przypadków tej choroby, z czego 81 odnotowano w wyjątkowo zagrożonej wścieklizną Małopolsce. Przepisy mówią, że jeśli na terenie województwa w ciągu trzech lat nie odnotowano wścieklizny (nie dotyczy to nietoperzy), wówczas w województwie tym nie przeprowa­dza się szczepień z samolotów. Jedynie w uzasadnionych przypadkach służba weterynaryjna może zastosować odstęp­stwa od tej reguły. W rezultacie niemal połowa kraju jest w tej chwili wolna od szczepień. Samoloty rozrzucają szczepionkę tylko w województwach: świętokrzyskim, śląskim, podkar­packim, małopolskim, warmińsko­-mazurskim, w części pomorskiego, w podlaskim, lubelskim i w części mazowieckiego.

W pozostałych siedmiu regionach, w tym w województwie kujawsko-pomorskim, gdzie leży Ciechocinek, nie ma już ani szczepień, ani obowiązku dostarczania lisów do badań analizujących skuteczność profilaktyki.

Szczepienia spowodowały duży wzrost populacji drapieżników. Jest to jedna z przyczyn regresu zwierzyny drobnej. Nie ma jednak wątpliwości, że właśnie dzięki tej akcji wścieklizna, najgroźniejsza choroba odzwierzęca, powoli przechodzi do historii.

Marek Ledwosiński / fot. Shutterstock

  • ________________________

  • Warto przeczytać

    • ©Łowiec Polski 2013
    • projekt - Unia Interactive

    Facebook

    Twitter