Farba znaczy barwa

Dzika maciora była inspiracją dla Pawła Bilińskiego do rozpoczęcia dyskusji o naszej kulturze i zwyczajach. Zapraszamy do lektury i udostępniania swoim znajomym.

Próbuje się nam wmówić, że język łowiecki to coś wstydliwie anachronicznego. Wstydzić się powinniśmy, owszem, ale z powodu jego zaniedbywania czy nieznajomości.

Był taki myśliwy, który strzelał bez opamiętania. Co tydzień zabi­jał średnio dwa zwierzaki i tak przez dwadzieścia lat ubił ich ponad dwa tysiące. Gdy pewnego razu postrzelił psa, coś się w nim, jak twierdzi, załamało. Porzucił strzelbę i stał się najgorętszym obrońcą stworzeń wszelakich. Taką bajkę opowiada w mediach, a panny nadobne z wielkich miast sypią kwiatki przed każdą procesją tego wybawiciela.

Prawda jest jednak taka, że został on dyscyplinarnie wykluczony z Polskiego Związku Łowieckiego. Żaden zatem z niego był myśliwy, tylko pospolity zabijacz. Wątpliwe też mocno jest jego „nawrócenie”, bardziej to wszystko wygląda na zemstę. Kiedy pozbawiono go uprawnień i nie mógł już kontynuować morderczego procederu, postanowił zohy­dzić całe łowiectwo w oczach społeczeń­stwa. W iście szatańskim zamyśle zabrał się za wywrócenie naszego języka. Udało mu się zamienić „eufemistyczne” słow­nictwo łowieckie na potoczny, dosadny, a momentami wręcz plebejski język i wmówić ludziom, że myśliwi za swoją hermetyczną „gwarą” ukrywają nieczyste zbrodnicze zamiary i czyny. Nawet naj­większe bzdury powtarzane po tysiąckroć przybierają znamiona prawdy. Nie dziwi więc, że społeczeństwo kupuje taką opo­wieść. Martwi raczej, że część myśliwych wpisuje się bez najmniejszego zażenowa­nia w tę narrację.

Wracałem lasem z porannego pod­chodu i napotkałem kolegę, który właśnie zszedł z ambony. Od słowa do słowa, jak to myśliwi, kto co widział, co się komu poszczęściło; kolega opowiada:

– Wielka maciora przyszła na tę łąkę, co siedziałem. Dobrze ponad sto kilo, a za nią ze dwadzieścia prosiaków; nie zliczyłem.

– To trzeba iść zawiadomić sołtysa – powiedziałem. – Pewnie uciekła komuś we wsi nocą z chlewa i biedny chłop się teraz martwi.

– Jak uciekła? – zdziwił się kolega. – Przecież to dzika maciora!

– Jak dzika? – teraz ja się dziwię. – Zdziczała? W lesie? Od dawna tutaj chodzi?

– Nie zdziczała, tylko to dzika świnia. Dzik! – wyraźnie się poirytował.

– Aha, to kolega widział lochę z war­chlakami, tak?

Fuknął tylko, odwrócił się na pięcie i poszedł bez do widzenia czy Darz Bór.

Nikt nas nie uszanuje, jeśli sami nie będziemy się szanować. Język łowiecki jest właśnie wyrazem szacunku: dla zwie­rzyny, dla łowiska, w końcu dla innych myśliwych. To właśnie w nim objawia się podstawowa różnica między polowaniem a świniobiciem. Być może mój kolega nie tyle uległ telewizyjnym opowieściom zbawcy stworzeń wszelakich, co zwyczaj­nie pozostał łowieckim ignorantem.

Polowanie było podstawowym zaję­ciem człowieka od zarania dziejów. Pol­skie słownictwo łowieckie wywodzi się w dużej mierze z kultury dawnych Sło­wian, a sam język kształtował się przez średniowiecze, był istotną częścią kultury staropolskiej i pozostał żywy do dziś. Nie jest on gwarą, jak by niektórzy chcieli, podobnie jak gwarą nie jest język lite­racki czy prawniczy. W dawnych cza­sach było nie do pomyślenia, by prawy myśliwy nie znał go i nie używał. Dla tych, którzy uchybiali jego prawidłom, stosowano drastyczne kary. W wieku XVI powszechnie stosowano poddębia­nie: kto przeciw językowi, zwyczajom i etyce łowieckiej występował, wpędzany był na młode drzewo – najczęściej dęb­czaka – na nim wysoko był przywiązy­wany, w tej pozycji wysłuchiwał poucze­nia i drzewo z nim na górze ścinano. Łagodniejszą formą kary było płazowa­nie: delikwenta kładziono na ubitego dzika lub jelenia i dawano mu trzy płazy kordelasem. Ze względu na idee ochrony przyrody z czasem zrezygnowano z tych kar, powszechnie jednak stosowano wobec językowego ignoranta gromkie wyśmiewanie.

Próbuje się nam wmówić, że język łowiecki to coś wstydliwie anachronicz­nego. Wstydzić się powinniśmy, owszem, ale z powodu jego zaniedbywania czy nieznajomości, dzisiaj zaś zwrócenie uwagi lub poprawienie błędów skutkuje co najwyżej naburmuszeniem się fryca. By zdobyć uprawnienia łowieckie, kan­dydat musi zaliczyć roczny staż, przejść kurs i zdać egzaminy. Gdzieś chyba w tym ciągu wymagań popełniamy błąd zaniechania lub niedopatrzenia. Może najwyższy czas wprowadzić oprócz stażu egzamin wstępny na kurs z… polskiego języka łowieckiego.

Paweł Biliński / fot. Rafał Łapiński

  • ________________________

  • Warto przeczytać

    • ©Łowiec Polski 2013
    • projekt - Unia Interactive

    Facebook

    Twitter