Na rozpoczęcie sezonu

Dziś wielki dzień dla wszystkich myśliwych, którzy polowanie na rogacza przedkładają nad wszystkie inne łowy. Życząc naszym Czytelnikom niezapomnianych przygód w łowiskach i oryginalnych trofeów, zachęcamy do lektury opowiadania „Kukułka” pióra Zbigniewa Siedleckiego.

 

Kukułka

Ogromnie lubię pierwsze wiosenne polowanie na koziołka. Nie jest to wprawdzie na termometrze łowieckich emocji punkt wysoki, mieści się raczej pośrodku skali, ale nawet samo wyciąganie z szafy sztucera po paromiesięcznej przerwie też jest coś warte. Zresztą, prawdę mówiąc, przy tym polowaniu przeżycie czysto myśliwskie – choć po nie się jedzie do lasu – znajduje się jakby na drugim planie. Bo wybredny myśliwy raczej latem, w czasie rujki, szuka mocnego, medalowego kozła. Ostatnie dni maja natomiast to pora na koziołkową nietypowość; na wszelkie myłkusy ze świderkowatymi parostkami, na staruszki mające na łbie coś w rodzaju uschłej gałązki, które latem ani nosa nie wychylą z gąszczu, na kozły „bagienne” z porożem ciemnobrunatnym, prawie w ogóle nie uperlonym, na dziwaki z kozicopodobnymi, hakowatymi parostkami, na nędzarzy, drugi rok noszących to samo zbielałe już poroże.

Latem się ich nie spotyka, ponieważ boją się pokazywać na oczy mocnym kozłom, zazdrosnym o swój rejon i przeganiającym je bez pardonu. Wiosną zaś całe to pokraczne towarzystwo wybiega na świeżą, soczystą trawkę i defiluje przed myśliwym. Jest więc okazja wybrać sobie do strzału oryginalny egzemplarz sarniego rodu. Okazja, z której myśliwy jako tako doświadczony skorzystać może łatwo, ponieważ o tej porze roku podejście kozła nie wymaga mobilizowania największych umiejętności łowieckich; trzeba tylko uważać, aby nie pomylić wrodzonej dziwaczności z mechanicznym uszkodzeniem poroża w okresie wzrostu.

Dlatego powiedziałem, że przeżycie czysto łowieckie znajduje się na drugim planie. Czy jednak wyodrębnianie emocji czysto łowieckich ma sens? Zawsze przecież pojawiają się one w otoczce wrażeń i przeżyć, które osiągnąć można nie tylko na polowaniu; są tak z ową otoczką zrośnięte, że stanowią całość – a wydzielanie, wypreparowywanie z niej jednego elementu byłoby zabiegiem sztucznym i – co bodaj ważniejsze – całkiem niepotrzebnym. Nie oddzielajmy więc wiosennego koziołka od wiosennego lasu.

A jest to las cudowny. Nie, nie będę twierdził, że właśnie wiosną jest najpiękniejszy. Licytujące porównywanie czterech pór roku jest równie mało sensowne, jak spor o to, czy palmę pierwszeństwa w urodzie należy przyznać brunetkom, blondynkom, szatynkom czy rudym. Moj entuzjazm, wykluczając taką licytację, dotyczy swoistości wiosny w lesie, jej cech nieporównywalnych. Mam na myśli przede wszystkim ową świetlistą przejrzystość utrzymującą się w okresie, kiedy na drzewach i krzewach już rozwinęły się listki urzekające najdelikatniejszą jasną zielonością, ale jeszcze nie zagęściło się listowie, co sprawia, że wzrok jednocześnie tonie w nich i przenika je; zieleń jeszcze nie jest zwartą ścianą, jak później, latem, lecz konstrukcją misternie ażurową, półprzezroczystą, przez którą widać, co się dzieje w głębi. Nawet cienie gęste są tylko pod świerkami i sosnami, cały rok utrzymującymi kłęby igliwia, natomiast w partiach brzóz, olch, osik są przejrzyste jak woda w strumieniu, zniekształcająca obraz dna tylko falowaniem i zawirowaniami nurtu.

Poranne słońce, rzucając blask nie z góry, lecz z boku, wyczynia w tych ażurach najrozmaitsze, nieprawdopodobne cudeńka światłocienia. Wręcz nasyca sobą powietrze między drzewami. Idąc wśród młodych brzózek człowiek ma wrażenie, że płynie przez blask, jak przez coś dotykalnego, choć przemykającego się między palcami.

Popołudniowe słońce, wprawdzie pada pod tym samym kątem, ale jest już inne w barwie, daje blask nie tak przejrzysty. Dlatego turysta, odbywający spacery, nie natrafia na tę największą cudowność wiosennego lasu, ba, nic o niej nie wie. Trzeba na to myśliwego, który wstaje przed świtem.

Ale wróćmy do koziołków. Dla nich wiosna jest okresem absolutnej szczęśliwości. O każdej innej porze roku coś je trapi, albo niepokoi. Latem żyją w napięciu – rujka jest przecież nieprzerwanym pasmem walk o utrzymanie lub zdobycie własnego rejonu i o prawo do bytujących na nim kóz. Jesienią, po zrzuceniu parostków, koziołki czują się łyso, są płochliwe, żyją w poczuciu zagrożenia. Potem przychodzi okres najgorszy – zima, którą w ogóle trudno jest przetrwać, a przecież w tym właśnie czasie organizm kozła dokonuje wielkiego wysiłku fizjologicznego, jakim jest nakładanie nowych parostków. Przychodzi wreszcie wiosna z obfitością najsmaczniejszej młodziutkiej trawy, ziół, listków, pędów. Kozy się wtedy biedzą nad odchowaniem potomstwa, ale płeć męska wolna jest od trosk i napięć. Las stanowi dla nich najobficiej zastawiony stół, pozostaje tylko jeść, jeść, jeść, potem rozkosznie przeżuwać, albo leniwie posypiać na posłaniu z najmiększej, najdelikatniejszej trawy.

Sarny nie są najmądrzejsze. Oczywiście górują nad zającami które wydają się dość głupawe, ale gdzie im tam do inteligencji dzika czy lisa, albo nawet jelenia. Na pewno koziołkowa głowa nie ogarnia przyszłości, następstwa pór roku; do ubogiej świadomości nie dociera fakt, że po wiośnie przyjdzie pełne napięcia lato, łysa jesień, surowa zima. Zapewne to, co jest dziś, wydaje się sarniukowi stanem stabilnym, wiecznym, niezmiennym; stąd też i jego wiosenna szczęśliwość ma wymiar ponadczasowy, jest absolutna.

W zeszłym roku, wybrawszy się na pierwszego koziołka, podczas porannego podchodu obejrzałem kilka, żaden mnie do strzału nie skusił. Pora już była wracać, gdy wyszedłem nad wielkie łąki, ciągnące się ze dwa kilometry aż do następnej partii lasu, poprzerywane w wyższych miejscach wyspami sosen i brzóz, a w niższych pasmami olch. Z daleka na łące zobaczyłem interesującego kozła z tych „bagiennych” o prawie czarnych, nie uperlonych parostkach. Zacząłem go podchodzić, wykorzystując śródłączny półwysep sosen obrzeżonych lamowaniem z brzózek Kiedy jednak wyszedłem na brzeg półwyspu w upatrzonym miejscu, mój kozioł wciąż był za daleko.

Czułem się już trochę zmęczony, więc się położyłem wśród młodych brzózek, osłonięty jałowcem, i postanowiłem czekać, aż podejdzie. Trawa w tej części łąki musiała być słodziutka, smaczna, bo żerowało tu kilka kóz i jakiś szpicak jeszcze w scypule. Leżałem sobie w plamach słońca przesiewanego przez brzózki, od czasu do czasu znikających, gdy przepływająca niebem chmurka mijała łąkę i odżywających po chwili. W lesie, skąd przyszedłem, kukała kukułka, jakby na przekór echu, które oddawało jej głos z powrotem. Nie wiem, czy zauważyliście, że echo wiosenne dźwięczy nieco inaczej niż letnie – jest mniej płaskie i jakby odrobinę dyskretniejsze, a ma głębszą barwę. Bo też inna jest wiosenna akustyka lasu, kształtowana przez pędy nie całkiem jeszcze wypełnione listowiem.
Mój kozioł nie przybliżał się, za to pojawił się inny. Młodziak w drugiej głowie, widłak dosyć cienki, z tych, co to czy strzelisz czy nie, będzie dobrze. Wypchawszy żołądek trawą do pełnej pojemności wędrował do brzózek, żeby się położyć pod ich osłoną. Ale szedł z ociąganiem, jakby mu się nie chciało opuszczać nasłonecznionej łąki.

Zbliżał się powoli, raz po raz zanurzając pyszczek w trawie w poszukiwaniu najbardziej smakowitego źdźbła. I tak dotarł do brzegu brzózek na odległość nie większą niż dziesięć kroków ode mnie. Wtedy ułożył się na słoneczku, widocznie sądząc, że chociaż nie zakrywa go trawa, niewysoko jeszcze od ziemi odrosła, bliskość gąszczu zapewnia mu bezpieczeństwo. Najpierw przeżuwał, potem zaczęła go morzyć senność – więc przymykał oczy, po chwili otwierał je i rozglądał się po łące. Po pewnym czasie jednak otwierał je coraz rzadziej i jakby tylko z obowiązku, bo jego oczy wydawały mi się śpiące, niewidzące, zasnute błogostanem sytości i zaufaniem do bezpieczeństwa wiosennej łąki.

Leżeliśmy tak obydwaj jednakowo rozleniwieni i jednakowo wypełnieni błogością. Jego widok przywiódł mi na pamięć wspomnienie z głębokiego dzieciństwa. Miałem wtedy lat chyba z pięć, nie chodziłem jeszcze do szkoły. Latem rodzice zawieźli mnie na wieś do babci, ale wyjechali – i zostałem pod opieką bardzo liberalną, na wszystko pozwalającą. Pogoda była wspaniała, całe dnie spędzałem w ogrodzie, biegając prawie na golasa. Pamiętam, jak wydłubywałem próchno z pnia starej lipy, pragnąc tak powiększyć dziuplę, abym mógł się w niej schować; pamiętam aksamitny dotyk trawy na skórze, gdy po obiedzie, zamiast obowiązkowo spać na leżaku, hasałem między drzewami i zasypiałem tam, gdzie mnie dopadło zmęczenie. Jak ten koziołek, co nie doszedłszy do gąszczu, zasnął na łące. Ani mi wtedy do głowy nie przychodziło, że lato może się skończyć, że wrócę do miasta i zostanę poddany nieznośnemu rygorowi…
Kukułka przyleciała aż tutaj i zaczęła mi kukać nad głową. Czymś się też widocznie denerwowała, bo czasami wydawała dziwaczny ni to krzyk, ni to chrapliwe i syczące gruchanie.

Może nie powiodła jej się wyprawa z własnym jajkiem do cudzego gniazda?

Ej, ta kukułka! Dla niej wiosna trwa zawsze. Pozbyła się kłopotów, trosk i pracy, jakie są udziałem wszystkich ptaków budujących gniazda, wysiadujących jaja, znoszących pożywienie nieustannie głodnym pisklętom. Gdyby tak można podrzucić gdziekolwiek swoje ludzkie kłopoty, pamięć o nieodwołalnych koniecznościach, świadomość, że po lecie przychodzi zima. I to przenikające myśl i serce poczucie przemijania, znikające jedynie na krótką chwilę zapomnienia się i błogości w półśnie pod wiosennymi brzózkami…

Zbigniew Siedlecki / fot. Wacław Matysek.

  • ________________________

  • Warto przeczytać

    • ©Łowiec Polski 2013
    • projekt - Unia Interactive

    Facebook

    Twitter

    Google Plus


    • 13 Dec 2017

    • 12 Dec 2017

    • 11 Dec 2017

    • 10 Dec 2017

    • 9 Dec 2017

    • 8 Dec 2017

    • 8 Dec 2017

    • 6 Dec 2017

    • 5 Dec 2017

    • 4 Dec 2017