Na Zalewie Wiślanym

Rozległe morze trzcin i szuwarów rozcią­ga się na dużej przestrzeni od Marzęcina pod Suchacz, Krynicę Morską i Elbląg. Jest to znany raj ptactwa wodnego, ulubione łowisko gdańskich i elbląskich myśliwych.

Późną jesienią zalatują tu niezliczone iloś­ci kaczek północnych w drodze na południe. Są tu również kaczki lęgowe, które jednak z powodu zmieniającej się wysokości wody na Zalewie mają utrudnione lęgi, toteż gnie­żdżą się zwykle na pobliskich małych sta­wach i łąkach, a dopiero młodzież sprowa­dzają na Zalew. Zalew do niedawna był łowiskiem wydzielonym w gestii WRŁ w Gdańsku. Polowało się na zasadach od­strzału, obecnie Zalew jest podzielony na obwody wydzierżawione kołom łowieckim.

Polowałem na Zalewie często, bo przy­zwyczajony do łowisk poleskich znajdowa­łem tu zbliżone warunki i liczne gatunki kaczek. Polowało się tylko z łódki, a najważ­niejsze było mieć dobrego przewoźnika – rybaka i tylko z takim można było liczyć na jakieś wyniki. Rybacy zajmujący się poło­wem węgorzy, leszczy, szczupaków nie kwapili się zbytnio do wożenia myśliwych, mając dobre dochody z połowu ryb. Trzeba było sporej dyplomacji, zachęty w postaci dobrego poczęstunku, żeby namówić ich do trudnego polowania, gdzie trzeba było prowadzić łódkę na pych po grząskim dnie. Miałem tu zaprzyjaźnionych rybaków ze wsi Osłonka, toteż dość często polowałem.

Wyjeżdżaliśmy zwykle łodzią z przycze­pnym motorem, ciągnąc za sobą małą łóde­czkę. Na Zalewie stawiało się łódź motoro­wą na kotwicy i przesiadało na małą łódecz­kę popychaną tyczką przez rybaka. Najwię­cej kaczek było po brzegach, zwłaszcza gdy wiał wiatr północny, napędzający wodę do zatok i komyszy (zarośli rosnących w miejscach podmokłych – red.) przy lądzie. Przewoźnik mu­siał znać Zalew jak własną kieszeń, popy­chać łódkę cicho i szybko, śledzić strzelane kaczki i odnajdywać je. Takim wspaniałym przewoźnikiem był w Osłonce Stefan Wojtkujski. Młody, silny, prowadził łódkę do­skonale, miał wspaniały wzrok, z nim prawie nie było straconych kaczek. Zdarzało się, że po strzale kaczka zrobiła „świecę” i spadła daleko. Stefan płynął nieomylnie, znajdując kaczkę, co w tym morzu szu­warów nie było rzeczą łatwą. Bardzo nie lubił pudlarzy i zdarzało się nieraz, że wysa­dzał na brzeg niefortunnego myśliwego, nie chcąc z nim dalej polować.

Pamiętam jedno polowanie, wiatr był po­rywisty z północy, kaczek było sporo i tak zwane przez rybaków „buchty” – zatoki Zalewu, miały wysoki poziom wody napę­dzanej z północy, tak że można było wszędzie wjechać. Strzelało się dużo i z pełnym efektem. Były to różne gatunki kaczek: krzy­żówki, cyranki, płaskonosy, krakwy, świstuny, podgorzałki, czernice i inne, nie licząc łysek, do których nie strzelałem. Buszując i strzelając po brzegach Zalewu za późno dostrzegliśmy, że zmienił się nagle kierunek wiatru, dmuchając teraz od lądu i wypędza­jąc wodę z zatoki. Stefan widząc co się dzieje, usiłował wypchnąć łódkę na wodę, ale to się nie udało, osiedliśmy na mieliźnie w mule zatoki. Trzeba było włazić do wody i przeciągać po błocie łódkę na głębszą wodę. Nie było to zbyt przyjemne, ale jakoś udało nam się tego dokonać. Zabrudzeni i zmęczeni siedliśmy znowu do łódki, ale już mieliśmy obaj dość polowania, tym bar­dziej, że słońce chyliło się już ku zachodowi. Zdążając do pozostawionej na kotwicy mo­torówki, strzeliłem jeszcze na przelocie dwie krzyżówki.

Syci emocji i wrażeń myśliwskich, wraca­liśmy o zmierzchu do Osłonki na dobrze zasłużoną kolację i wypoczynek.

Jutro znowu zapolujemy.

Tadeusz Lach / fot. Włodzimierz Puchalski.

  • ________________________

  • Warto przeczytać

    • ©Łowiec Polski 2013
    • projekt - Unia Interactive

    Facebook

    Twitter