Nosił wilk…

Patrol straży granicznej przyczynił się do uratowania wilka, który wpadł do na wpół zasypanej studni nieopodal Arłamowa.

wilk-00-p

Stary Arłamów. Opodal słynne biesz­czadzkie „państwo arłamowskie” puł­kownika Kazimie­rza Doskoczyńskiego. Sześć wieków historii wsi i tragiczne lata 40. XX wieku. Tuż po wojnie niemal wszystkich mieszkańców wysiedlono na radziecką Ukrainę. Ostat­nich kilkudziesięciu pochłonęła akcja „Wisła”. Arłamów na koniec zabrał las. Jedyny ślad to resztki kamiennych fun­damentów, kilka wiekowych jabłoni, które wiosną, ukwiecone, dziwią oko turysty. Gdzieś tam na wpół zasypana studnia.

Pierwszy września tego roku. Przez chaszcze przedziera się patrol Straży Granicznej. Rutynowy obchód. Ukraina pół kilometra stąd.

– Usłyszeliśmy skomlenie psa – wspomina por. Tomasz Szeremeta – ale to dziwne, że głos dobiegał spod ziemi…

Strażnicy spenetrowali teren. Znaleźli starą, przedwojenną studnię. Na dnie leżał wilk.

– Wilków tu zatrzęsienie, ale nie mie­liśmy pewności, czy to nie jakiś duży burek z sąsiednich wsi. Wezwaliśmy leśników – relacjonuje por. Szeremeta. Na miejsce przyjechał leśniczy do spraw łowieckich Nadleśnictwa Bircza Józef Czwerynko. Od razu rozpoznał, że to najprawdziwszy bury. Duży, stary basior. Ledwie żywy. W pułapce musiał leżeć od kilku dni. Leśni zrzucili mu trzy kilo udek z kurczaka – zjadł. Próbowali mu spuścić naczynia z wodą, ale powylewał. Nikt nie ryzykował zejścia do studni. Wezwano specjalistów – weterynarzy z klinika ADA w Prze­myślu. To jedyna placówka w kraju wyspecjalizowana w rehabilitacji dużych dzikich drapieżników.

– Wilk był krańcowo odwodniony – opisuje stan zwierza dr Radosław Fedaczyński – szybko obliczyliśmy dawkę środka nasennego. Dystans niewielki, studnia głęboka na jakieś cztery metry. Strzelba Palmera nie była potrzebna. Wystarczyła dmuchawka, podobna do tych, jakich używają India­nie w Amazonii. Basior stracił świado­mość. Zeszliśmy do studni po drabinie strażaków-ochotników z Wojtkowej. Po chwili wilk był już na powierzchni. Jeszcze w karetce podłączyliśmy mu kroplówkę z płynami ustrojowymi. Obawialiśmy się złamań i obrażeń wewnętrznych, ale największym, bez­pośrednim zagrożeniem było właśnie odwodnienie – wspomina weterynarz.

Na szczęście obawy się nie potwier­dziły. Rentgen nie wykazał złamań, analiza krwi i szczegółowe badania poświadczyły, że zwierz jest w dobrej formie. Stare wilczysko, na oko 10–12 lat. W paszczy brakowało już paru zębów. Noc w klinice basior zniósł dobrze. Wybudził się z narkozy i poka­zał, że to leśny zabijaka, a nie wiejski burek. Zdewastował drewniane ele­menty wilczej izolatki. Nie było wska­zań, by trzymać go dłużej w lecznicy. Wolność miał odzyskać pod Arłamo­wem, tam, gdzie popadł w niewolę.

– Musieliśmy raz jeszcze go uśpić. Inaczej nie dałby się wsadzić do klatki – wspominają lekarze z klinika ADA. – Już w lesie wstrzyknęliśmy wilkowi antidotum oczyszczające organizm z pozostałości po narkozie. Gdy zwierz odzyskał świadomość i zoba­czył, że klatka otwarta, wyskoczył jak rakieta. Nie zdążyliśmy nawet zrobić mu pożegnalnej fotki.

Pozostała jeszcze sprawa studni. W części Bieszczadów, objętej akcją „Wisła”, jest takich wiele. Ani tury­sta, ani zwierz nie spodziewa się, że w środku lasu może czyhać pułapka. Część starych studni zasypano. O innych jeszcze nikt nie wie. Studnia, do której wpadł basior, będzie zachowana. Jest piękna, cembrowana polnym kamie­niem. Pamiątka dramatycznej historii Bieszczadów. Jednak leśnicy zadbali, by nie zabiła człowieka ani zwierza. Otoczyli wiekową „krinycę” porządnym płotem.

Marek Ledwosiński

wilk-01 wilk-02 wilk-03

  • ________________________

  • Warto przeczytać

    • ©Łowiec Polski 2013
    • projekt - Unia Interactive

    Facebook

    Twitter

    Google Plus