Oko w oko z odyńcem

W polowaniu najbardziej ekscytująca jest nieprzewidywalność. Nie ma dwóch wypraw do kniei, które odbywałyby się według tego samego scenariusza.

wild-boar-1437491_960_720

Kto by się spodziewał, że najwspanialszym trofeum z rykowiska okaże się… imponujący oręż? Kto pomyślałby, że przebiegły i doświadczony odyniec popełni oczywisty błąd, a myśliwy tak szybko otrzyma szansę na strzelecką rehabilitację? Przypominamy znakomite opowiadanie „Uparty”, które zamieściliśmy w naszym miesięczniku w 1977 roku.

JS


Uparty

We wrześniu 1969 roku wybrałem się z Michałem na rykowisko w Bieszczady, w okolice Sanoka. Ja zostałem w okolicach Zagórza, w gościnnym domu Huberta Kaczyckiego, a Michał pojechał dalej, do Komańczy. Za trzy dni mieliśmy się spotkać i ustalić dalszy plan działania.
Pogoda w ciągu doby zmieniała się kilka, jeśli nie kilkanaście, razy.
Na tle błękitnego nieba, usianego białymi cumulusami, pojawiały się szybko ciemne chmury niosą­ce ze sobą krótkie lecz rzęsiste deszcze. Po takim przelotnym deszczu wychodziło słońce i wydawało się, że już będzie pogoda. I była – do następnej chmury i do nowego deszczyku.
Mimo wszystko po południu ruszyliśmy do lasu. Byki milczały, mimo że był 20 września. Od czasu do czasu w oddali słychać było byka, ale to nie to.

Nie to bieszczadzkie rykowisko, kiedy z każdej góry dolatuje potężny głos byka, powtarzany przez echo i podawany z jednej góry na drugą. Były to zaledwie nieśmiałe próby.

– Z bykiem nie mamy szans – oznajmił Hubert, znający zarówno te okolice jak i zwyczaje zwie­rzyny.

– Spróbujemy na dzika. Nie daleko Skwirtnego jest jeszcze żyto. Gospodarz skosił, zestawił w kop­ki, ale nie zwiózł – zaproponował.

Propozycję przyjąłem z zadowoleniem, zwłaszcza że słyszałem wiele o bieszczadzkich dzikach, a jesz­cze żadnego nie strzeliłem. Więc – a nuż tym ra­zem?… Myśliwska nadzieja zawsze podtrzymuje naszą pasję i pomaga znosić trudy związane z polo­waniem.
O zmierzchu zajęliśmy stanowisko, w kopce sia­na, położonej w odległości 30-40 kroków od ścierni­ska, które naprawdę było mocno zdeptane. Znać było jelenie i dziki. Rozmoknięte tropy na miękkim gruncie napawały nadzieją i kazały czekać, mimo ciągle jednakowo złej pogody. Księżyc wschodził nieco później, ale już około 20,00 zaczęło się robić jaśniej, a po dalszych kilkunastu minutach wytoczył się na niebo księżyc, inny niż na nizinach, od razu jasny i dający dobre światło.
Przykryci peleryną, zaopatrzeni w dwa termosy z herbatą, czekaliśmy cierpliwie. Te przelotne desz­czyki psuły nieco widoczność, aż wreszcie niebo zasnuło się na dobre.
Obaj mieliśmy ochotę zrezygnować, ale nie było tego pierwszego, który by to powiedział. Więc cze­kaliśmy, może się przetrze?
Na ściernisku nie działo się nic; mimo to jednak od czasu do czasu wyciągałem z ukrycia lornetkę i sprawdzałem przedpole.
W pewnym momencie Hubert trącił mnie lekko, wiedziałem, że coś musiał zobaczyć, lub usłyszeć.

Szepnął mi „dzik” – kładąc równocześnie palec na ustach. Podniosłem lornetkę i też go dostrzegłem. Kroczył wolno, lecz zdecydowanie do którejś z roz­walonych kopek. Przy jednej zatrzymał się i zaraz dobiegło nas smakowite mlaskanie. Stał tak już chwilę nie zmieniając miejsca ani pozycji i ciągle żerował.
Wysunąłem sztucer, przestawiłem lornetkę i z tru­dem odnalazłem w niej sylwetkę dzika. Spojrzałem na Huberta. Kiwnął głową. Wstrzymałem oddech i zwolniłem spust. Metaliczny trzask zamka, prze­szył nas jak prąd elektryczny. Nie było wystrzału. Pocisk, dla bezpieczeństwa, zostawiłem pod za­mkiem i z emocji zapomniałem wprowadzić do komory.
Nasłuchiwałem, aby usłyszeć jeszcze jak dzik ucieka i nie usłyszałem. Podniosłem lornetkę – był. Stał w tym samym miejscu i dalej żerował.
Zaskoczyło mnie to bardzo i wyzwoliło nowe emocje, zupełnie nie ułatwiające strzału. Pomaleń­ku wprowadziłem pocisk i gdy tylko złapałem, jak mi się zdawało, dzika w lunetę – nacisnąłem spust.

Strzały w górach są bardzo głośne i długo nie milkną – powtarzają się poczwórnym echem. Tak było i teraz. Dzik ruszył ostro. Przebiegał obok nas, ale w takich warunkach mowy nie było o oddaniu drugiego strzału. Przekonany byłem zresztą, że nie potrzeba…
Przy pomocy latarki, odnaleźliśmy bez trudu trop, wyraźnie odciśnięty na nasiąkniętej deszczem zie­mi. Farby jednak nie było. Musimy jeszcze spraw­dzić rano.

– Jeżeli kula nie wyszła, to duży dzik nie puści farby i może leżeć – pocieszał mnie Hubert.
– No cóż, sprawdzimy rano – odparłem.

„Do lasu było ponad 300 metrów, jeżeli dobrze trafiłem, to powinien zostać na odkrytym” – my­ślałem.
Rano przeszukaliśmy dokładnie i pola przed la­sem i skraj lasu – bez rezultatu. Nie było dzika, ani najmniejszego śladu, że został trafiony. „A szkoda, ładny dzik” – tak zwykle ocenia się te spudłowane, ja wiem. Ale to był naprawdę ładny dzik – powyżej setki – napewno!

W ciągu dnia wracaliśmy w rozmowach wiele razy do tej nocnej przygody. Wreszcie przed wieczo­rem zapadła decyzja. Idziemy jeszcze raz. Spróbuje­my. Co mamy do stracenia?

– Zdrowie – odparłem – jak tak będzie padało.

Wieczór zrobił się jednak pogodny. Ustały prze­lotne deszcze i księżyc wytoczył się czysty, choć jakiś taki markotny. Oczywiście byliśmy w tej samej kopce siana, ze sztucerem opartym o podpórkę, wprowadzonym nabojem i skierowanym w stronę ścierniska. Z niecierpliwością oczekiwaliśmy go­dziny 23,00. O tej bowiem godzinie przyszedł dzik wczoraj.

Wraz z poprawieniem się pogody, poprawiło się rykowisko, byki odzywały się wokół, co napawało nas optymizmem, że ranek może być dobry. Na razie jednak mieliśmy przed sobą noc i dzicze nadzieje. Około godziny 22,00 od strony lasu doleciał nas wyraźnie głos byka. Po kilku minutach głos się przybliżył. Nie ulegało wątpliwości, że ciągnie byk. Po chwili ukazała się sylwetka łani, widoczna wy­raźnie gołym okiem; za łanią wyszło cielę. Kiedy łania ruszyła dalej w kierunku rozrzuconych sno­pów żyta, na horyzoncie, w który byłem wpatrzony, ukazał się wieniec, następnie głowa i kark, wreszcie cała sylwetka. Byk stał nieruchomo, nie zbliżał się – patrzył jak żeruje łania. Od czasu do czasu podnosił głowę, kładł wieniec na grzbiecie i… nie ryczał. Wreszcie ryknął, głos jego odbił się od gór i zmieszał z głosami innych byków. Podobało mu się to widocz­nie, bo coraz częściej, ta gimnastyka głowy i karku, kończyła się rykiem. Wreszcie zaczął bić wieńcem w ziemię i kiedy uznał, że rozgarnął ją dostatecznie, położył się. Uważał widać, że po osiągnięciu miej­sca nocnego żerowiska można odpocząć. Kiedy ła­nia pociągnęła dalej, wstał pospiesznie i podążył za wybranką. Na ściernisku ponownie zrobiło się pusto.

Zbliżała się 23,00. Im bliżej było tej godziny, czas płynął wolniej. Nadzieja kazała myśleć, że przy­jdzie, doświadczenie, że nie przyjdzie. Wątpliwości jednak rozwiały się szybko.
Kilka minut przed jedenastą, z tego samego kie­runku co wczoraj, wyłonił się dzik. Pora w jakiej przychodził, kierunek i wielkość świadczyły, że jest to ten sam. Czekałem jeszcze, aby podszedł do tej samej kopki. Podszedł. Chciałem to spotkanie roz­strzygnąć jak najszybciej. Złożyłem się, sprawdzi­łem celowanie i wolno ściągnąłem spust.

Po strzale dzik ruszył, ale w stronę przeciwną niż wczoraj. Po chwili wszelkie odgłosy ucichły. Zanim doszliśmy do miejsca gdzie był dzik, powiedziałem zdecydowanym głosem: „Dzisiaj trafiłem”.

– Na pewno – odparł Hubert, ale bez przeko­nania.

Znowu świecimy latarką. Jest farba. Po 30 kro­kach ginie. Dzik wpadł w rów porośnięty tarniną i jeżynami. Z przeciwnej strony nie możemy znaleźć tropu. Szukamy dalej – nic. I znowu wracamy na ostatnią farbę – to jednak najskuteczniejszy sposób. Po którejś próbie postanowiłem pójść wzdłuż rowu. Na liściach jeżyn znalazłem nową farbę. Upewniło mnie to, że idę w prawidłowym kierunku… Po kilku dalszych krokach ujrzałem w świetle latarki dzika. Leżał na lewym boku, w ten bok właśnie strzelałem. Popatrzyłem na gwizd, oręż miał wspaniały, nie miałem jeszcze takiego.

Kiedy wracaliśmy do domu, z dzikiem załadowa­nym na „gaza”, Hubert żartował.

– Miałeś jeszcze jedną noc do dyspozycji, gdybyś dziś chybił, to przyszedłby w tę jeszcze jedną noc.
– Tak, masz rację, był wyjątkowo uparty – odpo­wiedziałem.

J. Anusz / fot. jackmac24 (pixabay.com)

  • ________________________

  • Warto przeczytać

    • ©Łowiec Polski 2013
    • projekt - Unia Interactive

    Facebook

    Twitter