Samarytanin z „Bażanta”

Kwietniowa niedziela. Podwar­szawski powiat Otwock. Stefan Traczyk, łowczy Koła Łowiec­kiego „Bażant” z Garwolina, wyrusza w teren.

Sprawdza urządzenia łowieckie, których budowy podjęli się w ramach zagospodarowania łowiska myśliwi. W „Bażancie” system jest prosty: myśliwy informuje zarząd, gdzie stoi paśnik czy podsyp. Łowczy objeżdża teren i jeśli urządzenie spełnia warunki zadania – przybija do paśnika niewielką tabliczkę z numerem urządzenia i nazwą koła. Taki akt wewnętrznej legalizacji.

– Kląłem w duchu kolegów za chasz­cze, w których postawili ten paśnik, ledwie się przedarłem – wspomina łow­czy Stefan Traczyk. – Ale urządzenie porządne, przybiłem tabliczkę. Wra­całem do samochodu, gdy na małej polance dostrzegłem coś, co w pierwszej chwili wyglądało jak sterta ubrań.

Myśliwy podszedł bliżej. Nie była to sterta ubrań, ale ubrany w nie, sku­lony człowiek. Mężczyzna koło sie­demdziesiątki, nieprzytomny. Myśliwy sprawdził puls i oddech nieznajomego. Mężczyzna żył, nawet się ocknął, ale nie było z nim kontaktu, jedynie bełko­tał coś pod nosem. Łowczy nie wyczuł woni alkoholu. Na pewno nie był to żaden menel, którego zmogło w dro­dze do domu.

– Zadzwoniłem pod numer alarmowy. Połączyło mnie z policją. Dyżurny zapy­tał, jak wygląda mężczyzna. Gdy opisa­łem policjant odrzekł, że właśnie takiego szukają! Okazało się, że może to być pacjent nieodległego szpitala, który minionego wieczoru uciekł z placówki.

Łowczy doskonale znał teren. Wyja­śnił policjantom, jak dojechać. Do lasu ruszyły radiowozy i karetka. Oczywi­ście ambulans nie miał szans, by dotrzeć na polanę. Ostatnie półtora kilometra ratownicy pokonali pieszo. W drodze powrotnej tyle samo, ale już z pacjen­tem na noszach. Człowiek był skrajnie wyziębiony. Potwierdziło się, że poprzed­niego wieczoru uciekł z Mazowieckiego Centrum Leczenia Chorób Płuc i Gruź­licy w Otwocku. Przez kilkanaście godzin błąkał się po lesie. Nie miał butów, przemoczone i uwalane błotem ubranie wskazywało, że skąpał się w którymś z licznych tutaj bagien. Wreszcie padł z wycieńczenia i tu odnalazł go myśliwy. Lekarze nie mają wątpliwości – gdyby nie myśliwy, człowiek by umarł.

Jak to się stało, że bardzo ciężko chory pacjent niezauważony opuścił wieczorem szpital?

– Nasza placówka nie ma charak­teru zamkniętego – informuje dyrektor do spraw medycznych Mazowieckiego Centrum Leczenia Chorób Płuc i Gruź­licy, dr Grzegorz Krasowski. – Wyja­śniamy, jak mogło do tego dojść. Jedno jest pewne – dodaje lekarz – pomoc przyszła w ostatniej chwili.

Marek Ledwosiński / fot. Shutterstock.

  • ________________________

  • Warto przeczytać

    • ©Łowiec Polski 2013
    • projekt - Unia Interactive

    Facebook

    Twitter