Wilki atakują

W Beskidzie Żywieckim wilki raniły posokowca bawar­skiego, z którym dwóch myśliwych dochodziło postrzałka jele­nia. Nic sobie nie robiły z obecności ludzi. Nie odstraszył ich nawet strzał w powietrze.

Piątkowe popołudnie w Pewli Ślemieńskiej, 22 grudnia ub.r. Rafał Malec z posokowcem bawarskim Canto dochodzi postrzelonego cie­laka. Towarzyszy mu Tadeusz Pal, niefortunny strzelec. Zapada zmrok i myśliwi – po przejściu 1,7 km – prze­rywają poszukiwania prowadzone w trudnym górskim terenie. Następ­nego dnia powracają do łowiska i 200 metrów dalej znajdują na śniegu świeże tropy jeleni oraz farbę. Pusz­czony w gon posokowiec podąża śladem chmary przez 385 metrów (według wskazań GPS), po czym wraca do menera. Gdy jest w odległo­ści 50 metrów – wciąż niewidoczny w gęstym lesie – myśliwi słyszą skowyt.

– Przeszło mi przez myśl, że zaszar­żował na niego odyniec – relacjonuje Rafał Malec. – Ruszyliśmy na pomoc, ale zamiast dzika zobaczyłem dwa wilki osaczające Canto. Zacząłem krzyczeć, aby je odstraszyć, i tę chwilę dekoncentracji drapieżników wykorzy­stał pies. Przybiegł do mnie, chroniąc się między nogami, ale wilki ruszyły za nim i zaatakowały nas z obu stron.

Kiedy myśliwy strzelił w powietrze, pojawiły się kolejne trzy osobniki, które jednak trzymały dystans. Wilki odstąpiły dopiero po kilku minutach, ale pozostały w odległości 70 metrów. Dopiero wtedy myśliwi zaczęli się powoli cofać. Pies na szczęście odniósł tylko powierzchowne rany i już wrócił do pełni sił.

Wszystko wskazuje na to, że myśli­wych osaczyła ta sama wataha, która pięć dni wcześniej dała się we znaki mieszkańcom pobliskiej wsi. Wilki wyły przez całą noc w potoku na wzgórzu, kilkaset metrów nad domami. Mieszkający w wiosce sta­żysta poinformował o tym telefo­nicznie swego opiekuna. Ten pole­cił, by za dnia chłopak sprawdził, czy w pobliżu nie leży przypadkiem zarżnięty jeleń. Kiedy stażysta wdra­pał się na wzgórze, nie dostrzegł nigdzie śladów wilczej aktywności, ale ze świerkowego młodnika dochodziły odgłosy świadczące o bliskości watahy. Ponownie zadzwonił, by zdać myśli­wemu relację, a prowadząc rozmowę, zbliżył się do młodnika. Gdy zajrzał pod gałęzie najbliższych świerków, wilki „wyjechały” z młodnika i war­cząc ruszyły w stronę stażysty. Tym razem do tragedii nie doszło…

Jan Siewier / fot. pixabay.com, Biosphoto.

  • ________________________

  • Warto przeczytać

    • ©Łowiec Polski 2013
    • projekt - Unia Interactive

    Facebook

    Twitter