Chłopcy do bicia

Ludzie mają prawo nie rozumieć motywacji myśliwych. Nie wolno jednak mylić krytyki z nienawiścią i emocjonalną manipulacją.

Nie miejmy złudzeń! Krytyka łowiectwa będzie nam towarzyszyć – ludzie mają prawo nie podzielać naszych emocji i nie rozumieć naszych motywacji. Nie wolno jednak mylić krytyki z nienawiścią i emocjonalną manipulacją ludzi, którzy po naszych plecach usiłują wydźwignąć się z nałogu i odpokutować za swoje grzechy.

W ostatnich latach nasilają się ataki na myśliwych i łowiectwo, przybierając często emocjonalny, histeryczny i obraź­liwy charakter zarówno w języku, jak i w działaniach. Na niektórych portalach internetowych, umiejętnie manipulują­cych ludzkimi emocjami, pojawia się tzw. hejt – propagujący nienawiść w stosunku do myśliwych i nawołujący do niszczenia naszego mienia. Niektórzy przeciwnicy polowania w swoich wypowiedziach posuwają się do grożenia nam okalecze­niem lub śmiercią. Staliśmy się wygod­nym „chłopcem do bicia”, na którym można bezkarnie wyładowywać swoje negatywne emocje. Można lżyć, zniewa­żać, przeklinać i czerpać radość z tego, że się dokopało myśliwym.

Także w poważnej prasie regular­nie pojawiają się artykuły tendencyj­nie przedstawiające nasze środowisko. I chociaż większość autorów w dzie­dzinie łowiectwa jest ignorantami, to manipulując ludzkimi emocjami, kreują nas na zwyrodnialców bawią­cych się zabijaniem i cierpieniem zwie­rząt. W efekcie coraz większa część społeczeństwa zaczyna się od nas na wszelki wypadek dystansować. Sytu­acja ta jest przede wszystkim wyni­kiem ewolucji (niektórzy mówią nawet o rewolucji) naszych relacji w stosunku do zwierząt, którym niekiedy nadaje się prawa większe niż ludziom. Mam wrażenie, że liczba obrońców praw zwierząt jest dziś większa, a na pewno głośniejsza niż obrońców praw czło­wieka, szczególnie jednego z nich.

Chodzi mi o postawę i działalność Zenona Kruczyńskiego, kreującego się na mesjasza nowej religii, Tarzana XXI wieku czy wręcz „św. Huberta” naszych czasów. Były myśliwy, który uczestniczył w polowaniach swojego ojca, a jako dorosły człowiek intensywnie polo­wał, twierdzi dziś, że zabijanie zawsze było dla niego nieprzyjemne, ale było nałogiem. Po latach zrozumiał, że czynił zło, doznał niebywałego przeistoczenia. Przytłoczony ogromem cierpienia, jakie zadawał zwierzętom, nie tylko porzucił polowanie, ale walczy o jego delegaliza­cję. Przeszedł na wegetarianizm i – choć nie wygląda na okaz tężyzny fizycznej – pokazuje, że można żywić się tylko roślinami, aby ocalić życie niektórych zwierząt. Przyjął też podobno (obcą w naszym kręgu kulturowym) dale­kowschodnią filozofię życia w jedno­ści Wszechświata, w której zwierzęta są równoprawne człowiekowi.

Raj na Ziemi

Obserwując od kilku lat jego wypowiedzi i zachowania, odnoszę wrażenie, że rzeczywiście został on cudownie nawiedzony ideą stworze­nia raju na Ziemi, która zbyt czę­sto przesłania mu rzeczywistość. W swoich emocjonalnych i naiwnych wizjach, często trącających uroje­niami czy wręcz obsesją, zdaje się tra­cić kontakt z rzeczywistością i moż­liwością jej obiektywnej oceny. O ile bowiem ewolucja poglądów ludzi nie jest niczym szczególnym, to tak radykalne zmiany zdarzają się raczej rzadko i każą się zastanowić nad takimi osobami.

Zenon Kruczyński „wypłynął” po napisaniu książki i staje się coraz bardziej znany, a dodatkowo został mentorem wszystkich naszych prze­ciwników. Jego słowa są bezkrytycznie przyjmowane, przecież 20 lat polował i zna nas bardzo dobrze! Większość jego wypowiedzi obsesyjnie przepo­jona jest krwią i cierpieniem zwierząt, kwestionuje w nich metody polowania, a także naszą wiedzę i umiejętności. Często posługuje się dużymi uogólnie­niami i mierzy wszystkich myśliwych jedną miarą – własną miarą – sugerując, że wszyscy jesteśmy zatraceni w nałogu zabijania tak, jak on kiedyś. To zaś pro­wokuje i zachęca innych do podobnych działań.

Moim zdaniem, jest to świadome kreowanie wyłącznie negatywnych obrazów łowiectwa i celowa manipu­lacja. Działając w taki sposób, można podważać i obrzydzać każdą dziedzinę i każdego człowieka. Dlatego mam duży żal do Zenona Kruczyńskiego – nie dla­tego, że zmienił poglądy i obrócił się przeciwko nam, lecz dlatego, że dążąc do własnego spokoju umysłu, krzyw­dzi wielu wartościowych, rozważnych i etycznych myśliwych oraz ich rodziny. Jego wypowiedzi to wyrachowane mani­pulacje ludzkimi emocjami. Słucha­jąc poglądów Zenona Kruczyńskiego, można odnieść wrażenie, że 120 tysięcy ludzi powinno czym prędzej porzucić swoje pasje, złożyć broń i zacząć jeść trawę, bo… on przeżył traumę i zmie­nił poglądy. Jako jedyny uniósł się na wyżyny intelektu, wrażliwości, miło­ści i empatii. Przejrzał na oczy, dostrze­gając, że to, w czym tkwimy, jest złem, barbarzyństwem i cierpieniem zarówno zwierząt, jak i nas samych! A my, ciemni i prymitywni, tego nie dostrze­gamy! Gdy przestaniemy polować, to z naszych talerzy zniknie przemoc, Ziemia stanie się rajem, w którym zapa­nują radość, błogość i życie w zgodzie ze wszystkimi istotami. Tak z grubsza wyglądają wizje Zenona Kruczyńskiego – przedstawione co prawda w sposób emocjonalny, ale odpowiadający jego retoryce.

Moje piekło

Tak się złożyło, że całe moje życie toczy się wśród zwierząt – najpierw gospodarskich, potem dzikich i oswo­jonych. Dzieciństwo, dalej pasje i w konsekwencji praca zawodowa dają mi niezliczone i przeróżne kontakty ze zwierzętami – zarówno miłe emo­cjonalnie, zwyczajne, jak i przykre czy nawet drastyczne. Prowadzę najdłużej działający w Polsce ośrodek rehabilita­cji dzikich zwierząt – niektóre zwierzęta przyjmuję na świat, pielęgnuję, leczę i wypuszczam je na wolność, inne ukła­dam do celów użytkowych. Jeszcze inne muszę czasem z uzasadnionych powo­dów uśmiercić.

Od 30 lat co najmniej raz dziennie – również w dni wolne od pracy – obsłu­guję 30–40 zwierząt. Jestem konsultan­tem powiatowych służb porządkowych w sytuacjach konfliktów lub kolizji ze zwierzyną. Jestem również myśli­wym – poluję, choć niezbyt intensyw­nie. Częściej organizuję i prowadzę polowania, podprowadzam myśliwych zagranicznych, jestem tłumaczem, pre­paruję trofea, szacuję również szkody łowieckie. W moim obejściu od lat znaj­duje się ujeżdżony koń, trzymam też ułożone psy myśliwskie i ptaki łowcze. Dzięki mojej pracy i pasji poznałem setki myśliwych ze wszystkich rejonów kraju, od „szeregowych” po „funkcyj­nych”. W zakresie łowiectwa, ochrony przyrody i zwierząt współpracuję z urzę­dami państwowymi od poziomu gminy, powiatu i województwa po Minister­stwo Środowiska. Pracując od 30 lat w Stacji Badawczej Polskiego Związku Łowieckiego, poznałem łowiectwo z wielu stron – przyrodniczej, gospo­darczej, formalnoprawnej, etycznej i kulturotwórczej. W poruszanym tema­cie mam sporo wiedzy, doświadczenia i różnych przeżyć, co – jak twierdzę – pozwala mi patrzeć na rzeczywistość obiektywnie, z dystansem i bez zbęd­nych emocji.

Choć spędzam ze zwierzętami więk­szość życia, to wcale nie określam się ich „miłośnikiem” i póki co wyznaję zasadę, że wcale nie trzeba ich kochać. Zwłaszcza dzikie zwierzęta naszej miło­ści ani nie rozumieją, ani jej nie ocze­kują – dlatego zachowujmy ją przede wszystkim sami dla siebie, a świat będzie lepszy, również dla zwierząt. Ważniejsze jest, aby znać ich potrzeby i zachowania, szanować je i dbać o nie jak najlepiej, a tym bardziej nie krzywdzić ich, nawet jeśli są hodowane na rzeź. Potępiam zabijanie zwierząt bez ważnej przyczyny – jeśli jednak są ku temu uzasadnione powody, to należy to zrobić szybko i skutecznie, maksymalnie skracając im strach i cier­pienie. Dla wielu może się to wyda­wać bezduszne i brutalne, ale właśnie tak funkcjonuje świat zwierząt i dzikiej przyrody, która od milionów lat rządzi się swoimi prawami – nie ludzkimi, a często wręcz „nieludzkimi”.

Po farbie do Edenu

Od lat obserwuję wypowiedzi Zenona Kruczyńskiego. Na początku traktowałem je jako swoisty folklor. Jednak zauważam, że jego działalność zaczyna wpływać na mój wizerunek, a także pracę zawodową, dlatego posta­nowiłem zabrać głos. Jeśli ktoś doświad­cza braku ludzkich uczuć, relacji czy emocji i przekłada je na zwierzęta – jego sprawa. Można przekonywać do swoich poglądów innych, ale też nie można ich narzucać siłą, bo wszyscy mamy prawo do własnych. A tak właśnie postrze­gam działalność Zenona Kruczyńskiego, który z własnej woli, czy też nieudolno­ści – popadł w nałóg zabijania zakoń­czony wielką frustracją i teraz chce nam wszystkim zabronić tej pasji i formy aktywności.

Widzę go przede wszystkim jako człowieka, który wziął się za coś, do czego od początku nie miał przeko­nania, lecz chciał w ten sposób spro­stać oczekiwaniom ojca. W bogatej i szerokiej dziedzinie łowiectwa sięgnął jedynie przeciętności, doświadczając jedynie polowania (czytaj: zabijania). I chociaż w tej przeciętności stał się stopniowo „przodownikiem”, to nałóg, w jaki popadł z tego powodu, prze­rósł w końcu jego wrażliwość, powo­dując życiową traumę, przygnębienie i negatywną ocenę całego łowiectwa. Jednym ze skutków tej frustracji jest napisana przez niego książka „Farba znaczy krew”, która, jak to dość trafnie określił Wojciech Olszański w radio­wej „Trójce”, jest oskarżeniem łowiec­twa. Szybko stała się ona elementarzem naszych przeciwników. Autor pokajał się w niej za swoją myśliwską przeszłość i w rozmowach z kilkoma odpowiednio dobranymi ludźmi udowadnia czytel­nikom, również w aspekcie psycho­logicznym i filozoficznym, że łowiec­two i polowanie to wyłącznie samo zło, nałóg tonący we krwi i niedające się znieść cierpienie – nas samych, naszych żon i dzieci, a przede wszystkim postrzelonych zwierząt.

Ta jaskrawo tendencyjna narracja spowodowała, że książka została total­nie odrzucona przez myśliwych. I cho­ciaż burzliwie, lecz krótko i powierz­chownie o niej dyskutowaliśmy, mało kto ją przeczytał. A szkoda, bo jak by nie oceniać przeżyć i postawy Zenona Kruczyńskiego, książka porusza kilka głębszych i ważnych aspektów, które powinniśmy przemyśleć. Przemiana Zenona Kruczyńskiego jest prawdo­podobnie wynikiem całego jego życia, ale też hipokryzją byłoby twierdze­nie, że jesteśmy bez skazy, a polowanie to wyłącznie piękne przeżycia.

Jestem chyba jedynym myśliwym w kraju, który przeczytał książkę dwa razy w całości i kilka razy we fragmen­tach. Nie znalazłem w niej wielu aspek­tów, których wcześniej nie rozważałem. Próbowałem natomiast zrozumieć, jak wielką frustrację i zawód przeżył autor, jeśli nie znalazł ani jednego dobrego słowa, ani jednego pozytywu w tym, co robił przez 20 lat. Jaką też pustkę trzeba mieć w głowie, aby nie pojmo­wać prostych ludzkich zachowań czy motywacji i szukać pomocy u psycho­loga, terapeuty uzależnień, mistrzyni Zen czy weterynarza za granicą? Ale jeśli Zenon Kruczyński dopiero po dwu­dziestu latach zauważył, że uczestni­czy w wielkiej ściemie przykrywającej jedynie nasze „bezduszne i krwawe zabawy”, to czegoż się spodziewać?

Raj utracony

W książce zastanowiło mnie kilka opinii Wojciecha Eichelbergera, zna­nego psychologa i bodaj mentora Zenona Kruczyńskiego: (…) na tym świecie naprawdę zabija tylko czło­wiek – jedyna istota w pełni świadoma siebie, wygnaniec z Raju i odszczepie­niec, który rajską, nieuświadomioną jedność zamienił na iluzję uświadomio­nego oddzielenia, a całą duszą tęskni za uświadomioną jednością. W innym miejscu Eichelberger stwierdza, że satysfakcję daje nam (mężczyznom) zabijanie samców zwierząt za pomocą symbolicznego penisa, czyli strzelby. Ciekawe, bo np. od tysiącleci wśród sokolników (też przecież głównie mężczyzn) największym wzięciem cie­szą się samice ptaków drapieżnych… I chociaż powód tego jest bardzo pro­sty, to jestem bardzo ciekawy, jakim tokiem myślenia psycholog uzasad­niłby nieobecność broni palnej i obec­ność elementu żeńskiego.

W rozmowie z psychologiem Zenon Kruczyński roztacza swoją główną wizję: W raju może sarenka przytuliłaby się do Ciebie, małe dziczki trącałyby cię noskami, łania podeszłaby blisko, a jej cie­lak szukałby w twoich kieszeniach chleba. Czułbyś jego niewiarygodnie miękkie chrapy i ciepły oddech. W tych infantyl­nych urojeniach zupełnie pomija, że raj, w który i ja wierzę, jest stanem utraco­nym – z ogrodów Edenu zostaliśmy usu­nięci może nie tyle za karę, co z własnego wyboru. Poza rajem, ze swoimi ułom­nościami, możemy sobie co najwyżej stworzyć czyściec, a spora część prób stworzenia raju na Ziemi kończy się prawdziwym piekłem…

Z przyrodniczego punktu widzenia nie pasuje mi wizja cielaka szukają­cego chleba w raju – to znaczy, że byłby głodny (w raju?) i wiedziałby, że Ty go możesz mieć. Skąd ten chleb? Jeśli nie trzeba siać, zbierać, mielić i upiec (czyli jakby nie patrzeć – pracować), to chleb musiałby się skądś brać, nie przymie­rzając jak mięso w marketach. W takim razie dlaczego nie byłoby go dosyć rów­nież dla zwierząt? I dlaczego miałyby go szukać akurat u człowieka? I dla­czego akurat chleba? Wszak nie dość, że to nienaturalna dla zwierząt karma, to jeszcze ociera się o kwestię dokar­miania – dwa aspekty zjawiska, przeciw któremu Zenon Kruczyński i jego naśla­dowcy żarliwie dziś protestują.

Wojciech Eichelberger w temacie jed­ności Wszechświata przytacza daleko­wschodnie przypowieści o młodzieńcu, który świadomie dał się zjeść tygry­sicy mającej potomstwo i padającej z głodu. Inna zaś mówi o mnichu idą­cym przez pustynię, który odciął sobie kawałek pośladka i rzucił wygłodnia­łemu sępowi, ratując mu w ten sposób życie. Nie dociekam, co te zwierzęta jadły potem, kiedy znów zgłodniały, ale przesłanie piękne i wzniosłe! I proste, bo możemy tak postępować na co dzień – tym bardziej że wcale nie trzeba się dawać zjeść ani niczego sobie odkra­wać. Wystarczy np. pozwolić wypić jedną kropelkę swojej krwi maleńkiemu komarowi, który usiadł na naszej twa­rzy, bo on też bardzo chce zachować swoje życie i spłodzić potomstwo. To co, że maleńki? – jego życie jest przecież tak samo cenne, jak tygrysa czy sępa. Zwłaszcza że ma je o wiele krótsze. Kto jednak się na to zdobędzie?

Nie negując oczywiście uniesień obu panów, mam na to nieco inną przypo­wieść. Otóż, pewnego razu do siedzą­cego przed swoją chałupą bacy pod­chodzi rozanielona paniusia z miasta i pełna emocji woła: raju!

Nieco zaskoczony baca pyta:

– A cymuz to, paniusiu?

Ona zaś:

– Jak to, czemu?! Przecież wy ciągle słyszycie szmer tego ruczaju na dole! Każdego ranka widzicie mgły unoszące się ku niebu, niczym obłoki! Zaś wie­czorami możecie zachwycać się zaślubi­nami zachodzącego słońca ze złotymi szczytami gór!

Na to baca popatrzył na nią i z uśmiechem oraz pewną wyższością w głosie i spokojnie odpowiedział:

– Paniusiu! Dyć jo juz nie pije!

W szponach nałogu

Obserwując zachowania Zenona Kruczyńskiego trącające błogonaiw­nymi wizjami, urojeniami czy wręcz jakąś chorobliwą obsesją, zastanawiam się, na ile są one wynikiem przeżytej traumy zabijania, a na ile zdziecinnie­nia w różnym stopniu dotykającego nas z wiekiem. Jego wizje raju na Ziemi i życia w jedności Wszechświata w miło­ści ze wszystkimi istotami są piękne, wzniosłe i dobre. Szkoda, że raczej tylko do kontemplacji przez filozofów, psychologów, mnichów w klasztorach czy też wyznawców „głębokiej ekolo­gii”. W praktyce trudno oddawać się pięknym i wzniosłym ideałom, kiedy na co dzień brakuje nam często zwykłej ludzkiej przyzwoitości. Wystarczy się rozejrzeć, ile wokół nas chamstwa, głu­poty, wręcz lansowanego egocentryzmu i coraz większej agresji.

W Internecie można znaleźć filmy z udziałem Zenona Kruczyńskiego, będące kontynuacją jego książki i sta­nowiące element kampanii, jaką toczy przeciwko nam. W jednym z nich występuje na pikiecie przed Sejmem jako przedstawiciel koalicji „Niech żyją!”, walczącej o wprowadzenie zakazu polowań, który w pierwszym rzucie powinien dotyczyć ptaków. Prze­mawiając płomiennie do kilkudzie­sięciu osób obwieścił, że teraz to oni przejmą zadania myśliwych (które my nazywamy „racjonalną gospodarką łowiecką”) i będą się opiekowali przy­rodą bez karabinów, rzeki krwi i cier­pienia. I od razu pomyślałem sobie, że na początek powinni z tą wzniosłą ideą pojechać na Podlasie i przedsta­wić ją tamtejszym rolnikom, borykają­cym się z dzikami… Swoje wystąpienie Zenon Kruczyński zakończył powta­rzanym przez wszystkich okrzykiem – „Nie zabijaj dla zabawy!”. Gdybym tam był, wołałbym tak samo razem z nimi, bo również uważam, że zabijanie dla zabawy jest niegodne myśliwego!

Oskarową rolą Zenona Kruczyń­skiego jest jednak ta, w której złama­nym i prawie grobowym głosem roz­wija twórczo wątek ze swojej książki, uzasadniając, że bycie myśliwym jest ciężkim do zniesienia nałogiem. I swoje 20 lat w tym nałogu kwituje rozpaczliwymi słowami: Rany Boskie! – jak ja ubogo żyłem! Oczywiście nie zgadzam się z jego (i jego terapeutki od uzależnień – Anny Dodziuk) poglą­dem, że polowanie jest bezwzględ­nie nałogiem, choć akurat przypadek Zenona Kruczyńskiego mogła tak ocenić. Tak samo nałogiem można by określić każdą inną aktywność i pasję człowieka, której poświęca swój czas. Wiadomo, że większość suk­cesów i osiągnięć, a z nimi również doświadczenie i autorytet, zdobywa się zwykle ponadprzeciętnym zaangażo­waniem, często kosztem życia rodzin­nego. Należy jednak zachować tro­chę dystansu, nawet do swoich pasji, by nie popaść w monotonię przeżyć i emocji, czy wręcz nie stracić kon­taktu z otoczeniem. Może w tym tkwi źródło problemów Zenona Kruczyń­skiego – choć miał życie bardzo bogate w polowania, to się w nim zatracił i osiągnął… jedynie wyrzuty sumienia, frustrację i rozpacz.

Krwawa obsesja

Głównym motywem kampanii Zenona Kruczyńskiego skierowanej przeciwko nam jest krew niewinnych i bezbronnych zwierząt. Zawsze nią epatuje, co oczywiście niezmien­nie robi duże wrażenie emocjonalne. W jednym z wywiadów zwierzył się, że poszedł do rzeźni, co go „psychicz­nie przeorało”. Zastanawiam się, czy nie są to objawy nowej obsesji bądź nowego nałogu?

Swoje ociekające krwią i pełne cierpienia wizje prezentuje nawet przy okazji opisu objawienia, jakiego według legendy doznał patron myśliwych św. Hubert. Choć histo­ria powstała dopiero kilka wieków po jego śmierci i nie ma żadnych bliższych szczegółów tego zdarzenia, to Zenon Kruczyński szczegółowo maluje jego krwawy i drastyczny obraz: Najpewniej był to jeleń ciężko ranny… Śmiertelny taniec wierzga­jącego i broniącego się resztkami sił zwierzęcia, jego oczy, może jedno już wyłupione, piękna, teraz skrwawiona głowa…, chrapanie krtani zduszo­nej przez największego psa… Czuł na drzewcu zamierające życie jelenia, do ostatniego jego poruszenia, do ostat­niego oddechu… Patrzył na ciało, teraz nieruchome, poszarpane, z przebitym włócznią sercem… i musiał to poczuć właśnie wtedy.

Żadna ze znanych mi wer­sji legendy nie wspomina o tym, że Hubert owego jelenia zabił, a jedy­nie usłyszał przestrogę. Opowiadając o naszym patronie, Zenon Kruczyń­ski często posługuje się swoim przy­kładem, kiedy to postrzelenie psa dopełniło w nim goryczy nałogowego zabijania. Doświadczenie to tak nim wstrząsnęło, że go odmieniło. Sto­sując jednak taką retorykę, Zenon Kruczyński sugeruje, że musiało to być coś podobnego do jego wła­snych przeżyć, kiedy to postrzelił psa. To zdarzenie tak nim wstrzą­snęło i dopełniło goryczy nałogowego zabijania, że ostatecznie porzucił polowanie. Dlatego dziwi się i uważa za paradoks, że za swojego patrona obraliśmy człowieka, który polo­wanie porzucił i potępiał – muszę tu jednak zaznaczyć, że ja o takim potępianiu nigdzie się nie doczyta­łem. Jest to tym bardziej wątpliwe, że w tamtych czasach polowanie było jednym z głównych sposobów zdo­bywania mięsa i skór na odzież czy inne powszechnie używane wyroby. Zenon Kruczyński zdaje się nie zauważać jednak kluczowego prze­słania tej legendy, że złem jest nie samo polowanie, lecz jego przesadna czy – jak sam to określa – nałogowa forma, której uległ. Legenda mówi, że Hubert polował nawet w niedziele i święta, co było zakazane, a objawie­nia doznał, polując w Wielki Piątek!

Niestety, z tego, co sam twierdzi o sobie Zenon Kruczyński, wnioskuję, że jemu również zabrakło zwykłego zdrowego rozsądku. Zarówno kiedy będąc myśliwym popadł w nałóg zabijania, jak i teraz, kiedy popadw­szy w drugą skrajność krzywdzi wielu ludzi, świadomie (lub nie) nakręcając przeciw nam spiralę niechęci, która ostatnio przybiera charakter ślepej nienawiści. Swoją społeczną kampa­nię prowadzi z ogromnym zapałem i zapewne znajduje wielu zwolenni­ków. Głosi chwytne i wzniosłe idee, dające wielu ludziom emocjonalne uniesienia i satysfakcje – zarówno w miłości do zwierząt, jak i w walce z myśliwymi. A obserwując ostatnie prowokacyjne działania niektórych grup „…przeciw myśliwym”, można stwierdzić, że tak naprawdę bardziej emocjonuje je sama „walka” z myśli­wymi niż autentyczna i wymierna praca dla dobra zwierząt.

Łowiectwo nie przyciąga i nie rodzi większej liczby dewiantów, psy­chopatów czy socjopatów niż czyni to jakakolwiek inna grupa społeczna czy zawodowa. Dzieci wychowujące się w myśliwskich domach w niczym nie ustępują swoim wegańskim rówie­śnikom. Patrząc na kulturowy doro­bek łowiectwa, nietrudno dostrzec, że w polowaniu (które wbrew mnie­maniu ignorantów częściej kończy się bez strzału) jest coś głębszego i wartościowszego, coś więcej niż prymitywna satysfakcja zabijania. Coś, czego Zenon Kruczyński przez 20 lat jednak nie dostrzegł i czego nie sięgnął.

Henryk Mąka / fot. Shutterstock, Andrzej Wierzbieniec.

  • ________________________

  • Warto przeczytać

    • ©Łowiec Polski 2013
    • projekt - Unia Interactive

    Facebook

    Twitter

    Google Plus


    • 19 Oct 2017

    • 17 Oct 2017

    • 16 Oct 2017

    • 15 Oct 2017

    • 14 Oct 2017

    • 13 Oct 2017

    • 11 Oct 2017

    • 10 Oct 2017

    • 9 Oct 2017

    • 9 Oct 2017