Drop pod Wieliczką

Michał Baran jest biologiem. Specjalizuje się w obser­wacjach rzadkich ptaków. Pierwszego stycznia br., wyposażony w lornetkę i aparaty fotograficzne, pojawił się w okolicach Wieliczki. 

Niejeden raz widywał tu ptaki, o których istnieniu zwykły Kowalski nawet nie ma pojęcia – kurhanniki, poświerki czy mornele. Jednak nawet nie przypuszczał, jaki prezent szykuje mu los w Nowy Rok.

– Nadleciał od wchodu. Patrząc pod słońce początkowo sądziłem, że to gęgawa. Odruchowo zrobiłem kil­kanaście zdjęć. Sprawdziłem ich jakość na ekranie „cyfrówki” i dopiero wtedy przyszło olśnienie! Charakterystyczny wzór na skrzydłach nie zostawiał wąt­pliwości – fotografowałem dropia!

Badacz lustruje teren. Chce zloka­lizować, gdzie ptak usiadł. Dropia nie widać. Przyrodnik powolnym krokiem rusza na poszukiwania. Po kilkudziesię­ciu minutach dostrzega ptaka tuż przy miedzy. Specjalistyczny sprzęt pozwala na wykonanie sesji zdjęciowej z odle­głości kilkuset metrów. Bliżej podcho­dzić nie wolno, bo zareaguje ucieczką.

Fotografik nie jest egoistą. Roz­syła wiadomość do kilkunastu jemu podobnych pasjonatów obserwacji ornitologicznych. Podaje współrzędne geograficzne. Na rzepaczysko pod wsią Grodkowice zjeżdżają ludzie w masku­jących strojach. Wyglądają jak myśliwi. Tyle że prócz lornetek mają aparaty z długimi obiektywami. Obserwują i fotografują dropia do obiadu. Potem ptak, prawdopodobnie zaniepoko­jony myszkującym lisem, podnosi się w powietrze i na dobre znika. Materiału dowodowego jednak wystarczy. Wiadomość najpierw poja­wia się na specjalistycznych, branżo­wych portalach ornitologicznych. Potem obiega już cały kraj – pod Wieliczką widziano dropia! Jaka jest ranga tego wydarzenia? Naprawdę wielka. To tak, jakby na powrót widzieć fokę szarą pod mostem Kierbedzia w Warszawie.

Drop zawsze był w Polsce gatunkiem nielicznym. Przed drugą wojną światową mieliśmy co najwyżej 700 osobników. Uchodził za łowiecki rarytas. Jedyny ptak zaliczany do zwierzyny grubej. Już w 1930 roku wprowadzono całkowity zakaz polowań. Na niewiele się to zdało. Populacja krajowych dropi topniała w oczach. W latach 50. było ich poniżej 500 sztuk, dziesięć lat później już tylko 300, w latach 70. zaledwie kilkadziesiąt. Ostatnie dropie, co do których była pew­ność, że gniazdują w Polsce, spotykano w latach 80. ubiegłego wieku. Jakie są przyczyny upadku gatunku w Polsce? Było ich kilka. Drop to ptak stepowy. Wymaga tysięcy hektarów wol­nej przestrzeni. Niszczy go rolnictwo – prócz chemizacji również mechanizacja, która zabija zakładane wprost na ziemi lęgi. Nie bez znaczenia było kłusownic­two. Drop to łup cenny. Dorosły samiec może ważyć nawet 20 kg.

Czy były próby ratunku? Tak, ale nieskuteczne. W latach 80. ubiegłego wieku ówczesna Akademia Rolnicza w Poznaniu uruchomiła w Siemianicach mały ośrodek hodowlany. Zwożono tu odnalezione na polach jaja dropia. Pisklęta, wprost z wylęgarni, trafiały do woliery. Uzyskano łącznie 17 ptaków. Wypuszczenie ich na wol­ność nie miało sensu. Choćby z tego powodu, że drop zdolność do rozrodu osiąga dopiero po kilku latach. Jednak w niewoli dropie nie dały przychówku. 13 grudnia 1980 roku nieznani sprawcy włamali się nocą do placówki i zatłukli kijami niemal wszystkie ptaki. Ostatni drop padł tam w 1989 roku. Tę datę przyjmuje się oficjalnie za kres polskiej populacji tego gatunku.

W Europie dropie występują nie­licznie. Swoje populacje mają Hiszpa­nia, Niemcy i Wielka Brytania, gdzie na potrzeby tych ptaków poświęcono tereny poligonu wojskowego. Dropie zamieszkują także Węgry, a precyzyjnie pusztę, czyli tamtejsze naturalne tereny stepowe. Niekiedy zalatują do Polski. Widy­wane są raz na kilka lat. Każde poja­wienie się dropia na polskim niebie jest przyrodniczą sensacją, skrzętnie odnotowaną w raportach ornitolo­gicznych. Przypadków takich nie było jednak zbyt wiele – 16 i 17 stycznia 2011 roku dropia widziano pod Pyrzy­cami w okręgu szczecińskim, 11 lutego tego samego roku drop pojawił się pod miejscowością Kłopot w Lubuskiem, 11 listopada 2013 roku obserwowano dro­pia na terenie Parku Narodowego Ujście Warty. Potem znów ponad dwa lata posuchy i wreszcie drop sfotografowany w ubiegłym miesiącu pod Wieliczką.

Niemal wszystkie dropie obserwo­wano w północno-zachodnim pasie granicznym. To turyści z Niemiec. Tym razem skrzydlaty wąsacz pojawił się w Małopolsce. Istnieje domniemanie, że przybył z Węgier lub Czech. Warto odnotować, że poprzednio dropia widziano tu dobre sto lat temu.

Marek Ledwosiński / fot. Shutterstock, Michał Baran

  • ________________________

  • Warto przeczytać

    • ©Łowiec Polski 2013
    • projekt - Unia Interactive

    Facebook

    Twitter