Dzik w kociołku

W jadłospisach słowackich restauracji często znajdziecie wywodzące się z Węgier perkelty. Można je zrobić na patelni, lecz o niebo lepiej będzie smakowało z kociołka.

Przed napisaniem słów poniższych postanowiłem, że powinny one dotyczyć wojażu, który jednoznacznie spoił się w mej pamięci z konsumpcją. Bez paniki, nie zamierzam dzielić się z Państwem zamglonymi obrazami licealnych wycieczek, które upłynęły na konsumpcji tak zwanych win owo­cowych, tu rzecz jasna chodzi wyłącz­nie o konsumpcję szlachetną, kon­sumpcję dziczyzny. Usiadłem więc, przymknąłem oczy i już po chwili wiedziałem: Słowacja, Góry Szczaw­nickie, Bańska Szczawnica.

To było wcale nie tak dawno temu, choć już po upadku komunizmu. Gra­nice w Europie jeszcze istniały, jadąc na Słowację, trzeba było wziąć pasz­port, do którego wbijano pieczątki, a wracającym polscy celnicy grzebali w bagażnikach, poszukując śliwo­wicy, gdyż do ojczyzny wwieźć można było legalnie jedynie litr alkoholu.

Mimo tych nieprzyjemności gnali­śmy przed siebie radośnie, kiedy tylko się dało, ponieważ wreszcie wyrwa­liśmy się z klatki, jaką był poprzedni system. Przewodniki dopiero raczko­wały, raczkował Internet, więc często zaznaczaliśmy tylko punkt na mapie, nie wiedząc za bardzo, co zastaniemy na miejscu.

Tak było z Bańską Szczawnicą. […]

Robert Makłowicz / fot. Shutterstock.

Cały tekst we wrześniowym numerze „Łowca Polskiego”

 

  • ________________________

  • Warto przeczytać

    • ©Łowiec Polski 2013
    • projekt - Unia Interactive

    Facebook

    Twitter

    Google Plus


    • 13 Dec 2017

    • 12 Dec 2017

    • 11 Dec 2017

    • 10 Dec 2017

    • 9 Dec 2017

    • 8 Dec 2017

    • 8 Dec 2017

    • 6 Dec 2017

    • 5 Dec 2017

    • 4 Dec 2017