Farba znaczy barwa

Próbuje się nam wmówić, że język łowiecki to coś wstydliwie anachronicznego. Wstydzić się powinniśmy, owszem, ale z powodu jego zaniedbywania czy nieznajomości.

Był taki myśliwy, który strzelał bez opamiętania. Co tydzień zabi­jał średnio dwa zwierzaki i tak przez dwadzieścia lat ubił ich ponad dwa tysiące. Gdy pewnego razu postrzelił psa, coś się w nim, jak twierdzi, załamało. Porzucił strzelbę i stał się najgorętszym obrońcą stworzeń wszelakich. Taką bajkę opowiada w mediach, a panny nadobne z wielkich miast sypią kwiatki przed każdą procesją tego wybawiciela.

Prawda jest jednak taka, że został on dyscyplinarnie wykluczony z Polskiego Związku Łowieckiego. Żaden zatem z niego był myśliwy, tylko pospolity zabijacz. Wątpliwe też mocno jest jego „nawrócenie”, bardziej to wszystko wygląda na zemstę. Kiedy pozbawiono go uprawnień i nie mógł już kontynuować morderczego procederu, postanowił zohy­dzić całe łowiectwo w oczach społeczeń­stwa. W iście szatańskim zamyśle zabrał się za wywrócenie naszego języka. Udało mu się zamienić „eufemistyczne” słow­nictwo łowieckie na potoczny, dosadny, a momentami wręcz plebejski język i wmówić ludziom, że myśliwi za swoją hermetyczną „gwarą” ukrywają nieczyste zbrodnicze zamiary i czyny. Nawet naj­większe bzdury powtarzane po tysiąckroć przybierają znamiona prawdy. Nie dziwi więc, że społeczeństwo kupuje taką opo­wieść. Martwi raczej, że część myśliwych wpisuje się bez najmniejszego zażenowa­nia w tę narrację.

Wracałem lasem z porannego pod­chodu i napotkałem kolegę, który właśnie zszedł z ambony. Od słowa do słowa, jak to myśliwi, kto co widział, co się komu poszczęściło; kolega opowiada:

– Wielka maciora przyszła na tę łąkę, co siedziałem. Dobrze ponad sto kilo, a za nią ze dwadzieścia prosiaków; nie zliczyłem. […]

Cały tekst w sierpniowym numerze „Łowca Polskiego”

Paweł Biliński / fot. Rafał Łapiński

  • ________________________

  • Warto przeczytać

    • ©Łowiec Polski 2013
    • projekt - Unia Interactive

    Facebook

    Twitter