Kartki z rykowiska

Myśliwi z zachodniopomorskiego informują nas, że w ich rewirach byki już ryczą!

W ubiegły piątek niedaleko Chojny myśliwy z KŁ „Sokół” ze Szczecina widział podczas wieczornego wyjścia aż siedem byków z łaniami. Byki rzucały sobie wyzwania, ale do pojedynków jeszcze nie dochodziło. Oczekiwanie na pełnię rykowiska może nam skrócić lektura opowiadania Jana Edwarda Kucharskiego, które „Łowiec Polski” zamieścił w 1960 roku.
fot. Shutterstock

***

W leśniczówce muchy gryzły jak diabli, krzyczało dziecko gospodarzy, grało radio. Wziąłem zeszyt, pióro i przyszedłem tutaj.  Jest dopiero godzina dziesiąta, ale wrześ­niowe słońce praży ostro. Całe szczęście, że daszek mojej ambony częściowo przed nim osłania. Siedzę na żerdziowym pomoście, brulion mam rozłożony na ławce. Trochę niewygodnie, ale niech tam — wolę to od much i radia.

Pode mną na lekkim wietrze kołysze się sosnowy młodnik, wzrok biegnie ponad nim na szeroki zrąb, opiera się o brązową ścia­nę starodrzewia. Na suchym płacie kory siedzą dwie ważki — cicho brzęczą. Na zmianę podrywają się do góry i siadają na tym samym miejscu. Robi się gorąco, po południu może prze­lecieć burza.

Upłynęło już dziesięć dni mego pobytu w lesie. Jelenie gody wchodzą w pełnię. Las drży od ryku gniewnych samców. Świty, popołudnia, wieczory — dziesiątki obrazów i spotkań, przeżyć i myśli. Słaby ich od­blask na kartkach mego notatnika.

Po uciążliwej podróży spałem twardo i w rezultacie trochę opóźniłem swoje po­ranne wyjście. Byki schodziły już ze zrębów i polan. Dwa razy usiłowałem zabiegać im drogę — nie zdążyłem. Koszula lepiła się do pleców, w ustach brakowało śliny. W pobliżu znów stęknął jakiś zalotnik. Teraz poszedłem już wprost na głos.
Byk ciągnął w kierunku starego wypa­leniska. Jeśli uda mi się zbliżyć do niego, mogę go dostać na strzał, gdy będzie prze­chodzić odkrytą przestrzeń.

Nie udało się — dostrzegłem go po prze­ciwnej stronie czterystometrowego pasa wrzosowisk. Stanął pod ścianą młodników, zatrąbił przeciągle w moim kierunku. W szkłach lornetki widziałem parę płynącą z pyska. Stary zwierz o masywnym, jas­nym wieńcu. Zniknął za zieloną zasłoną.

Dokoła było już cicho. Powinienem był wracać do domu, ale, spragniony jeszcze lasu, ruszyłem za nim na przełaj przez wrzosowisko.
Właściwie to nie miało sensu podchodzić byka w nieznanym młodniku, ale co szko­dzi spróbować. Zrzuciłem torbę i kurtkę, zdjąłem ze sztucera lunetę i dałem nurka w zielony gąszcz.

Na początku znalazłem kilka tropów, da­lej i one zaginęły. Szedłem „na nos”. Sto­py bezszelestnie stąpały po miękkim mchu, starannie wybierałem sobie drogę, odgina­łem gałęzie, omijałem zdradliwe zawały chrustu. To była dobra sportowa zaprawa.

Nagle przed sobą usłyszałem krótkie stęk­nięcie. Byk był blisko, jeszcze chwila, a mogę dojść do strzału. Zatrzymałem się, aby ochłonąć, uspokoić serce. Zwierz stał bez ruchu, nie dolatywał od niego żaden sze­lest. Kilka cichych kroków i w prześwicie między dwoma sosenkami ujrzałem ciemno­brązowy zad. Teraz się zadecyduje — jeśli jeleń ruszy w prawo, musi za tą kępą od­słonić komorę, jeśli w lewo, będę szedł za nim dalej, ale szanse maleją, tam jest co­raz gęściej.

Zad drgnął, ruszył w prawo. Jeszcze se­kunda, byk wychylał łeb a za nim korpus… W tej chwili nad moją głową rozległ się przeraźliwy krzyk sójki. Ptak zatoczył kil­ka kręgów i nie przestając drzeć się: „Czło­wiek, uwaga, człowiek!” — odleciał. Zamar­łem w oczekiwaniu.
Trwało krótko — rozległ się trzask suszu i tupot odchodzącego byka.
Nie wychylił się na strzał. Przeklęta sójka!

***

Kiedy o czwartej wychodziłem z leśni­czówki, deszcz przestał padać i na niebie pokazały się blade gwiazdy. Las pełen był szelestu spadających kropel. Mokra piaszczysta droga niesie lekko. Jeśli przed świtem mam być pod Smolara­mi, muszę wyciągać nogi.

Cisza aż dźwięczy za firanką deszczowych ostatków. Nie słychać ani jednego byka, ale czuje się, że jeszcze chwila, a cały las rozebrzmi na przywitanie chłodnego świtu.
Jaśnieje, nad ziemią formują się mgły. Jest ich coraz więcej, są gęste, mokre, za­lewają przede mną drogę, topią leśne po­szycie, narastają coraz grubszymi zwałami. Idę prawie po omacku.
Odezwał się pierwszy byk. Wysoko z mło­dzieńczą pasją odpowiedział mu jakiś kon­kurent.

Kończy się aleja, mam teraz skręcić w wąską przecinkę. Początkowo nie mogę na nią trafić, wreszcie znajduję trawiasty chodnik i zanurzam się w białe mleko. Idę dość długo, ale nie bardzo wiem, jak da­leko jeszcze do zrębów, na które dziś się wybrałem.

Trawiasty chodnik ginie spod stóp, zaczy­nają się nierówności, zawadzam nogą o ja­kiś pniak. Chyba już jestem na znajo­mym miejscu. Znajomym? Tak, ale nie dzisiaj — w odległości trzech metrów każ­dy kontur tonie we mgle.
Przysiadam na gładkim korzeniu, nasłu­chuję. Coś chodzi niedaleko. Jakieś mruk­nięcia — chyba byk. Ręka nie sięga do sztucera — po co? I tak nic nie zobaczę. Trzeba było od razu wrócić do domu.
Jeden i drugi gwałtowny tupot przelatu­je obok i zaraz namiętne postękiwanie zalecającego się byka. Gdzieś dalej roz­lega się wyzywający ryk. Chwila ciszy i tuż koło mnie, zdaje się, że nad głową, spada kaskada grzmiącej odpowiedzi.

Zrywam się na równe nogi, chwytam sztucer. Cicho, biało — nic nie wynurza się z przeklętego mleka. Tylko za chwilę do­koła nowe tupoty, przebiegi, stękania. Zre­zygnowany, siadam z powrotem. Jestem na weselu, a nie widzę ani pana młodego, ani oblubienicy. A niech to gęś kopnie!
Konkurent z daleka zbliżył się — ryczy już chyba na zrębie. Gospodarz odpowiada coraz gniewniej, wreszcie słyszę krótki ga­lop, a po nim łoskot wieńców. Dopadły się.
Rogi łomocą gęsto. Co chwila nowe zde­rzenie, nowe przepychanie, zgrzyty, stękania. Tak blisko i — psiakrew — nic z tego nie widać!

Spoglądam na zegarek, dochodzi siódma. Od drogi powoli narasta dudnienie ciągnika jadącego po drzewo. Trzask wieńców usta­je natychmiast. Wytężam słuch, staram się odgadnąć, co się stało. Nic nie słychać, tyl­ko gdzieś, w tle całej scenerii stuka od­dalający się traktor.

Siedzę jeszcze dość długo, ale w całym lesie panuje teraz absolutna cisza. Łomotem ciągnika wkroczył w las człowiek.

***

Wczoraj wieczorem, kiedy siedziałem przy kolacji, przyszedł stary Szymczyk. Pracuje w lesie już kilkadziesiąt lat i jest żywą kroniką tej okolicy. Zdjął czapkę, usiadł naprzeciw mnie.

— Mam do pana prośbę, nieprawda? — zakomunikował, kończąc nieodzownym py­taniem.

Historia wyglądała niebywale. Szymczyk pracuje przy papierówce w oddziale set­nym, za rzeką. Od kilku dni co rano prze­szkadza mu w robocie jakiś byk. Wychodzi z młodnika, pozoruje ataki, krąży wokół pracującego Szymczyka. Chłop się oczywiś­cie boi i nie może pracować. Krzyczy na jelenia, ale to niewiele pomaga. Przyszedł prosić, abym przegonił zawadiakę. Ma to być jakiś niezwykłej wielkości zwierz o potęż­nym wieńcu.

Dzisiaj rano tak sobie ułożyłem obchód, aby przed siódmą być za rzeką. Podchodzę do oddziału setnego. Z daleka opodal drogi niewielka halizna, na niej bieleje pryzma okorowanych klocków. Szymczyk stoi już przy pracy, na koziołkach leży no­wy kawałek, pasma kory i łyka sypią się spod struga.

Okrążam stanowisko i podchodzę rzadką drągowiną, z takim wyuczeniem, aby mieć na oku ścianę młodnika i pracującego chło­pa. W odległości pięćdziesięciu metrów lo­kuję się za wykrotem. Szymczyk zrzucił kurtkę, zawinął rękawy koszuli, coraz to nowy klocek odnosi na pryzmę. Historia za­czyna mi się wydawać niemożliwa. Wpraw­dzie chłop kilka razy spojrzał bokiem w młodnik, a obok siebie ma zaciętą w pniak siekierę, ale to przecież nic jeszcze nie mówi.

Słońce dobrze już podświeca drzewa, pojedyncze promienie znajdując sobie dro­gę między pniami, drążą w rzadkich opa­rach świetliste tunele. Drobne ptaszki ha­łasują w gęstwinie, z daleka chrapie kruk.

Szymczyk lokuje na kozłach świeży ka­wał drewna, kiedy z młodnika wychyla się jeleń. Chłop jeszcze go nie widzi. Rze­czywiście — piękne zwierzę, ale o strze­laniu mowy nie ma. Byk ma najwyżej sześć, siedem lat i piękną przyszłość przed sobą. Wieniec mocnego czternastaka o kie­lichowych koronach lekko porusza mu się przy każdym ruchu łba. Chrapnął.

Szymczyk raptownie się odwraca, sięga po siekierę. Byk, jakby tylko na to cze­kał, wysuwa się na drogę. Stoją naprze­ciw siebie w niewielkiej odległości, a ja z największym zdumieniem patrzę, co bę­dzie dalej.

Jeleń pochyla łeb, jakby do ataku, po­tem podnosi go, tupie, znów pochrapuje.

— Przylazłeś — słyszę głos Szymczyka.
— Idźże, ty głupi, czego tu szukasz? Fi­gli ci się zachciewa? Powiedziałem myśli­wemu, zaraz tu będzie. Uciekaj, pókiś cały!

Zamachnął się siekierą, byk odskoczył, zmienił pozycję, znów pochylił łeb. Robiło to wrażenie, że naprawdę pragnie zabawy z człowiekiem.

Szymczyk wyraźnie się zezłościł

— A pudziesz, mówię — zawołał głośno — nie mam czasu na ciebie! Wypłata ju­tro, a ja potrzebuję więcej zarobić. No, wynoś się!

Wychyliłem się cały zza wykrotu, aby nic nie stracić z niezwykłego obrazu. Je­leń wybiegł na polankę, okrążył Szymczy­ka, zamierzał się do ataku, odskakiwał.

— Siekierą w ciebie rzucę! — wołał chlop. — Idziesz ty — głupi! Mało mam już przez ciebie strat? Myśliwy przyjdzie, mówię ci, uciekaj!

Podniósł ułomek gałęzi, rzucił w zwie­rzę. Odskoczyło dalej.
Powoli wyszedłem zza wykrotu, chrząk­nąłem. Usłyszeli mnie obaj, gdyż jeleń z podniesionym łbem znieruchomiał, a chłop odwracając się, powiedział:

— No widzisz, koniec z tobą.

W dwóch susach byk zniknął w młodni­ku, podszedłem do chłopa.

— Wie pan, panie Szymczyk — mówię — nigdy bym nie uwierzył w coś podob­nego, gdybym na własne oczy nie widział!

Pokiwał głową.

— Mógł pan strzelać — odpowiedział spoglądając na mnie bokiem — blisko było.
— Nie mogłem. To piękna, hodowlana sztuka.

Zgodził się łatwo.

— Ano tak, hodowlana — to prawda.

Po południu opowiadałem o tym leśni­czemu. Śmieje się.

— Prawda, że to niezwykłe! Ale po­czątek był zwykły. Szymczyk chował u siebie ciołka. Znalazł go w lesie, zamorzonego. Odchuchał, odkarmił i tak przez rok trzymał. Aż do pierwszych szpiców. Potem dowiedział się o tym nadleśniczy, kazał jelonka wygonić do lasu. Szymczyk wygonił, ale zwierzę kręciło się koło cha­łupy, a jak chłop wychodził do lasu, bieg­ło koło niego. Parę razy do roku mówił mi stary, że widział swojego jelenia, ale nie myślałem, że jest z nim w takich do­brych stosunkach. Widocznie już mu się to znudziło, kiedy panu powiedział. I co, taka dobra sztuka?

— Pierwszorzędny! Leśniczy zastanowił się.
— Jeśli przed panem uciekał, to znaczy, że się ludzi boi, a tylko z Szymczykiem tak sobie pozwala. Muszę go zobaczyć.

Wieczorem znów przyszedł Szymczyk. Przyniósł ze sobą butelkę wódki i często­wał mnie natarczywie. Był podniecony i uradowany.
Wyraziłem żal, że nie mogłem spełnić jego prośby i pozbawić go kłopotów z na­tarczywym jeleniem. Niestety, takie zwie­rzę w łowisku szanuje się. Niech się roz­mnaża.

Uśmiechnął się chytrze, pokiwał głową.

— I ja, wiecie, tak myślałem. Ano, chcia­łem sprawdzić. Mnie tam wcale nie zale­ży, żeby go sprzątnąć, ale muszę się prze­nieść z robotą na inne oddziały. Póki mnie znów nie odszuka.

Opowiedział mi wszystko od początku. Ale to jest długa historia.

***

To już gdzieś niedaleko. Głos płynie wy­raźny, jak z ogromnej muszli koncertowej, wibruje ponad lasem, strząsa rosę z igieł. Teraz uspokoić oddech, opanować się i — na­przód.

Wychodzę z ciemnej alei świerkowej na czysty zrąb. Falują nad nim opary prze­świetlone wschodzącym słońcem. Idę prze­chylony do przodu, krok za krokiem, ostrożnie stawiając stopy. Tak jestem za­jęty omijaniem gałązek i szyszek, że kiedy podnoszę głowę — zaskoczenie jest zupeł­ne.

Na pagórku stoi byk. Opary kryją go do piersi, gruba szyja wygięta ku górze, wie­niec jak błyszczący świecznik pochyla się do przodu.

Zmęczony, chrypliwy ryk płynie lawiną, wypełnia świat wołaniem o spełnienie, krzy­czy o niemożliwych do przeżycia pragnie­niach. Zmęczone chrapnięcia kończą rozlewne frazy. Byk zamiera, wsłuchuje się w echa, zaczyna na nowo.

Podnoszę sztucer, krzyż lunety szuka na­sady szyi, strzał.
Spada cisza. Nie ma w niej już pragnień, zginęły tęsknoty, dopełniło się życie, przy­szedł kres.
Słońce pokonuje mgły, przyciąga do sie­bie, rozprasza. Pierwszy wynurza się pa­górek. Na jego środku ciemny kształt po­walonego jelenia. Wolno idę w jego kie­runku.

Jan Edward Kucharski / fot. Shutterstock.

 

  • ________________________

  • Warto przeczytać

    • ©Łowiec Polski 2013
    • projekt - Unia Interactive

    Facebook

    Twitter

    Google Plus


    • 11 Dec 2017

    • 10 Dec 2017

    • 9 Dec 2017

    • 8 Dec 2017

    • 8 Dec 2017

    • 6 Dec 2017

    • 5 Dec 2017

    • 4 Dec 2017

    • 3 Dec 2017

    • 1 Dec 2017