Łowy i wojna

Wśród oficerów, którzy pierwszego września 1939 roku stanęli do walki w obronie ojczyzny, było wielu myśliwych.

Polował gen. Kazimierz Sosnkowski, dowódca Frontu Południowego i późniejszy Wódz Naczelny. Do zapalonych łowców należeli także generał Władysław Anders i major Henryk Dobrzański, ps. „Hubal”. Dziś, w rocznicę niemieckiej napaści, oddajemy im hołd. Przypominamy też znakomite opowiadanie Ryszarda Maciejewskiego, znakomicie opisujące koniec dawnego świata.

Wrzesień

Stał na skraju lasu i nasłuchiwał. Było zupełnie cicho. Lekki, prawie niewyczuwalny wiaterek przyno­sił zapach wrzosów zmieszany z wonią innych kwiatów i zeschłych liści. Z przy­jemnością wdychał chłodne, ostudzone przez noc powietrze przedświtu. Było jeszcze zupełnie ciemno, tylko niebo na wschodzie nieco pojaśniało. Gwiazdy nie dawały za wygraną, chociaż blask ich wyraźnie pobladł. Szarzało.

Usiadł na zwalonym pniu i zamy­ślił się. Ogarnęły go wspomnienia i tęsknota za domem. Byłoby mu bez wątpienia o wiele ciężej, gdyby nie to, że otaczały go zewsząd drzewa. Ucieszył się na samą myśl o spotkaniu nadcho­dzącego dnia – tu, wśród pachnących żywicą sosen.

Las był dla niego zawsze czymś najbliższym. Znajdował w nim pracę i przyjemność, obowiązki i radości najwspanialszych myśliwskich prze­żyć. Ojciec przekazał mu całe swoje długoletnie doświadczenie leśnika wraz z umiłowaniem tego zawodu. Nie wyobrażał sobie innej pracy. Dom i las to było prawie jedno.

W szarym świetle nadchodzącego dnia coś poruszyło się na polu, tuż przy ścianie lasu. Podniósł lornetkę. W szkłach zamajaczyła ruda plama żerującej samy. Przesunął lornetkę bardziej w prawo, w dali, za szarymi zagonami podorywek i złotawymi pasami ściernisk, wyłaniały się z ustępującego mroku zarysy uśpionej jeszcze wioski. Po rosie przypłynęło ku niemu stłumione odległością wycie psa. Wysoko w górze, niby monotonne brzęczenie żuka, natarczywie wibro­wało powietrze. Jakiś samolot leciał niebem, niedostrzegalny pod osłoną wysokości i szarówki.

Nagle w zamierający brzęk silnika wtargnął głos znany i bliski – kwakanie kaczki. Zobaczył ją, jak wyleciała znad lasu. Zakręciła nad grupą pojedynczych drzew rosnących wokół niewielkiego bagienka. Zrobiła trzy coraz ciaśniejsze koła, bez przerwy przy tym kwacząc. – „Zwiadowca!” – pomyślał.

Tymczasem kaczka zatoczyła jeszcze jeden krąg, zniżyła lot i sia­dła na wodzie z głuchym chlupotem. Przesłaniał ją pas przybrzeżnych trzcin, ale słychać było, jak odprawia poranną toaletę, co chwila przy tym pokwaku­jąc. Znad lasu rozległo się pojedyncze kwaknięcie. Siedząca na wodzie kaczka odpowiedziała natychmiast.

Podniósł się z pnia i stanął za gęstym krzakiem. Stąd mógł lepiej widzieć, sam pozostając w ukryciu. Zupełnie przy­padkowo stał się świadkiem nieczęsto oglądanego zjawiska. Rozpoczął się sad. Zrazu kaczki nadlatywały pojedynczo, potem parami i trój­kami. Ostrożne i przebiegle. Schodziły niskim lotem tuż nad trzciny, okrążając staw dwa lub trzy razy. Nagle wytracały pęd, zatrzymując się niemal w powietrzu i ciężko, z chlupotem siadały na wodę, W chwilę później powietrze ponad lasem szumiało od świstu lotek hamujących szybkość. W ciągu paru minut przyle­ciało około setki ptaków.

Kaczki jak na złość siadały niemal u stóp stojącego za krzakiem mężczy­zny. Nadlatywały z tyłu, znad lasu, po którego drugiej stronie rozpościerały się ogromne połacie podmokłych łąk i torfowisk. Jeszcze parę tygodni temu mógłby sobie zapolować, a dziś…

Robiło się coraz jaśniej. Widział dokładnie stalowopłowe brzuchy i rude podgardla wypierzonych już dobrze kaczorów, błyszczące lusterka na skrzy­dłach, gdy skręcały spiralnie w dół, i cynobrowe wiosła, rozczapierzone w momencie wodowania.

Bagienko leżało przed nim jak na dłoni, nie dalej jak o trzydzieści kroków. Drżał z emocji, chociaż los wyznaczył mu dziś tylko rolę biernego obserwatora.

Mimo woli myśl jego pobiegła ku szorstkowłosej Dianie – nieodłącz­nej towarzyszce wszystkich myśliw­skich eskapad, którą musiał zostawić w leśniczówce. „Teraz podniosłaby swoją kosmatą mordę ku siadającym blisko ptakom i, dygocąc cała, chłonę­łaby ich odwiatr – myślał. – Patrzałaby to na mnie, to na kaczki z niemym pyta­niem w ślepiach: dlaczego nie strzelasz?”.

Westchnął. A kaczki ciągnęły na sad nieprzerwanie, chociaż robiło się coraz jaśniej. Wreszcie zlot zaczął słabnąć. Jeszcze tylko od czasu do czasu nadlaty­wał jakiś spóźniony przybysz zwabiony kwakaniem, które z pewnością było słychać na kilkaset metrów wokoło. Postanowił zmienić stanowisko. Lekko pochylony przesunął się kilkanaście kro­ków. Ostrożnie wysunął głowę z kępy leszczynowych krzaków. Podleśne jeziorko okazało się większe niż przy­puszczał. Z poprzedniego miejsca wyda­wało się, że wody jest niewiele, prawie wszystko zasłaniały trzciny. Tu, z góry, widział całą taflę, na której tłoczyły się setki kaczek. Całe towarzystwo pluskało się, trzepotało skrzydłami, nurkowało i kwakało niesamowicie. Miejscami między sylwetkami ptaków przebłyskiwało różowo lustro wody – nikłe odbicie płonącego zorzą świtu nieba.

Kaczki czyniły tak wielki rejwach, że tłumiły wszelkie inne dźwięki. Naraz, jak nożem uciął, zapadła zupełna cisza. Czyżby jak cietrzewie witały wschód słońca? Chyba tak, bo właśnie pierwszy wątły promyk strzelił ukośnie spoza chmury, która przycupnęła na samej linii horyzontu niby wycofująca się straż tylna nocy. Zgiełk wybuchł ze wzmożoną siłą. Potem znów nastąpiła krótka prze­rwa. Pojedyncze, ochrypłe kwaknięcie starego kaczora – i nagle z oszałamiają­cym grzmotem skrzydeł chmura ptactwa wzbiła się w powietrze. Zasłoniła pstrokatym cieniem wstające słońce, zato­czyła olbrzymie koło nad lasem i znikła w przestworzach. Po chwili zerwało się jeszcze kilku maruderów. Głośno kwa­cząc, podążyli za stadem.

Powierzchnia wody płonęła zło­torudym blaskiem. Lekki powiew porannego wiatru szył srebrzystymi ściegami gładką toń. Wkrótce ucichł i zwierciadło znów odebrało niebu wszystkie kolory. Samotnego człowieka nad opustoszałą wodą ogarnął naraz głęboki smutek. Owładnął nim jakiś nieokreślony niepokój, lęk przed tym, co przyniesie przyszłość.

Żeby rozproszyć dręczące obawy, pod­niósł znów do oczu lornetkę – sześcio­krotnego wojskowego Zeissa z pajęczą siatką krzyża, z podziałką na prawym okularze (ilekroć patrzył, podziałka ta drażniła oko przyzwyczajone do czy­stych szkieł myśliwskiej lornety). Na roz­ległym polu seradeli żerowały spokojnie dwie kozy i rogacz. Kozioł co chwila podnosił łeb i nie przestając przeżuwać, oczył dokoła. Sarny poprzestawały na „męskiej opiece” i żarły łapczywie, nie odrywając łebków zanurzanych aż po łyżki w zielonym, puszystym dywa­nie. Rogacz był nawet niezły, o mocnych, grubych, choć niezbyt wysokich tykach.

Znów zaświstały kacze loty. Podniósł głowę. Z pól wracały jakieś zapóźnione krzyżówki. Tchnący spokojem obraz budzącej się do codziennych zajęć mazowieckiej ziemi krańcowo kontrastował z jego nastrojem. „Czy to aby nie jest cisza przed burzą?” – przemknęło mu przez myśl.

Na pstrokatym tle dalekich kar­toflisk zaintrygował go poruszający się wolno czarny punkt. Nie mógł go na razie rozpoznać. Kartoflisko leżało w niewielkiej kotlinie, gdzie przycupnęło pasmo porannych oparów, malejące z chwili na chwilę w promieniach wschodzącego słońca. Dopiero gdy czarny punkcik prze­kroczył strefę mgły, rozpoznał w nim sporego pojedynka wolno człapiącego po kartoflisku. Dzik zatrzymywał się często i jakby od niechcenia gmerał gwizdem między zeschłymi badylami ziemniaczanej naci. Nagle podniósł łeb. Coś go zaniepokoiło. Chwilę się zastanawiał i niespiesznym truchtem podreptał w stronę pobliskiego lasu. Teraz dopiero powiew wiatru przyniósł daleki, ledwie słyszalny szum. Odpro­wadzał dzika spojrzeniem, dopóki ten nie zniknął we wrzynającym się w pole świerkowym zagaju.

Szum, który jeszcze przed chwilą był ledwo uchwytny, wzmagał się i potęż­niał. Nie mógł dociec jego przyczyny, nie dopuszczając do swojej świadomości jedynego w tej sytuacji wytłumaczenia. W lesie za nim ktoś wołał stłumio­nym głosem. Pewnie go szukali. Niechęt­nie odwrócił się i ruszył w tamtą stronę. Ktoś stanął przed nim.

Nie słyszał, co do niego mówiono. Machinalnie wziął do ręki podany mu kawałek papieru. Rudy, prawie poziomy promień podnoszącego się słońca strzelił wprost na kartkę. Prze­zwyciężając wewnętrzny opór, cicho sylabizował tekst, mając jeszcze przed oczyma obraz podnoszących się kaczek, żerujących saren i niknącego w młodniku pojedynka.

„M.P. dowódcy baonu – 1.09.1939 r. godz. 4.50.”

Oderwał wzrok od karty. Zdawało mu się, że znowu coś słychać od strony pola. Jakby świst kaczych skrzydeł. „Jeszcze lecą z pól” – pomyślał.

Nie słyszał gwizdu pierwszego nadlatującego pocisku. Las zakołysał się i rozstąpił. Rozbłysło miliardami wschodzących słońc. Zapachniało świeżym mchem i paprociami. Pierwszy pocisk był za krótki. Następne spadły daleko w tyle, na oko­paną, wysuniętą placówkę.

Ryszard Maciejewski / fot.pl.wikipedia.org

  • ________________________

  • Warto przeczytać

    • ©Łowiec Polski 2013
    • projekt - Unia Interactive

    Facebook

    Twitter

    Google Plus