Łowy u Łosia

Najpiękniejsze wieczory to te po powrocie z lasu. Wspominamy łowieckie sukcesy, żartujemy z kolegami po strzelbie, pamiętając, że te chwile się nie powtórzą.

Odkąd mój przyjaciel Edu­ardo został lokalnym preze­sem straży ogniowych, zaczął się opuszczać w łowieckim rzemiośle. Coraz rzadziej jeździł z nami do Pan­derozy, coraz mniej bywał w łowisku, za to coraz częściej domagał się koleżeń­skiego trybutu w postaci wędlin z dzika.

– Wicie, rozumiecie, brać ogniowa z wodą ognistą problemu nie ma, ale dobra zakąska zawsze się przyda. A pro­mocja łowiectwa jaka! – bajerował kolegów, mając nas w tej materii za otu­manionych jak przedwojenne chłopy. Gdy więc po śmigusie-dyngusie zadzwo­nił z zapytaniem, czy aby gdzieś tam w zamrażarce nie uchowała się jakaś szyneczka z czarnuszka, bo właśnie Dni Świętofloriańskie się zbliżają i jemu „jako prezesowi zdałoby się…”, poczu­łem, że miarka się przebrała.

– Dość tego, basta i szlaban. Albo jedziesz z nami i sam strzelasz, albo dzwoń do sklepu!

Eduardo obraził się na śmierć i życie i w ramach retorsji odmówił dostawy miodóweczki, hyćki i pigwy, w których to przetwarzaniu jest jednak mistrzem. Co robić? Trza ani chybi do negocjacyi przystąpić – podpowiadał rozum, choć serce się burzyło na takowe dictum.

Spotkaliśmy się więc w dzień robot­niczego święta i po dłuższej degusta­cji, przy dźwiękach starej piosenki „Na lewo most, na prawo most” uzgod­niliśmy, co następuje: na świętego Flo­riana zaopatrzymy remizę w odpowied­nią ilość kiełbas suszonych, mokrych, szynek wędzonych, tudzież sała solonego, a po rozpoczęciu sezonu udamy się wspól­nie na łowy i Edu­ardo spowoduje, by jakiś czarnuch zderzy się z nim, a urobek odda nam w postaci kiełbas, wędzonek i solonek, dorzucając do tego odpowiedni zapas miodóweczki.

Święto straży ogniowych odbyło się jak należy – mundury zielone zmie­szały się z czarnymi, strażackie druhny borowym chłopakom tańców i innych delicyj nie odmawiały, wyroby z piw­nicy sołtysa i kuchni łowczego zgodnie zostały skonsumowane.

Kiedy zaczął się sezon, rozpocząłem naciskanie na Eduarda:

– Ty, mistrzuniu, jest zaproszenie do Łosia, wypełnij zobowiązanie…

Eduardo wił się, jak nie przymierza­jąc piskorz w Drwęcy. Ale kiedy minął maj i wszelkie strażackie szwancparady się skończyły, powziął męską decyzję:

– Jedziemy w piątek po pracy.

Tym sposobem w czerwcowe popo­łudnie ruszyliśmy ku „Szwecji”. Nie, nie tej za Bałtykiem tylko tej bliż­szej, w borach pilskich położonej. […]

Marian Tomiak / il. Michał Nowakowski

  • ________________________

  • Warto przeczytać

    • ©Łowiec Polski 2013
    • projekt - Unia Interactive

    Facebook

    Twitter

    Google Plus


    • 12 Dec 2017

    • 11 Dec 2017

    • 10 Dec 2017

    • 9 Dec 2017

    • 8 Dec 2017

    • 8 Dec 2017

    • 6 Dec 2017

    • 5 Dec 2017

    • 4 Dec 2017

    • 3 Dec 2017