fot. Rafał Łapiński

Matka natura

0
11

Męczą mnie wątpliwości, czy biedna locha nie padła gdzieś z głodu tylko dlatego, że nie pozwoliłem jej pożreć mojego szczeniaka…

Od dawna mam wrażenie, że określenia „wega­nin” czy „wegetaria­nin” są mocno wartościujące. Są też na dodatek obce. Dla praktykujących dietę bezmięsną stanowią powód do dumy i bohaterstwa, mięsożercy nato­miast wymawiają je, jeśli nie z pogardą, to przynajmniej z lekką drwiną. A prze­cież jest takie piękne polskie słowo – jarosz (jeden absolutny, drugi względny). Swoistym kuriozum jest jednak to, że preferencje kulinarne warunkują cały światopogląd i dyskurs o przyrodzie. Zacznijmy zatem tak:

Jarosze „pożarli” leśniczego. Jak tylko pierwszy z nich ukąsił, czereda poczuła ludzką krew i rzuciła się szarpać na sztuki. Na szczęście leśniczy przeżył, a kąsający, gdy się połapali, że chyba ich poniosło, umilkli z podkulonymi ogonami. Rzecz działa się w okoli­cach Bożego Narodzenia w wirtualnej przestrzeni.

Bieszczadzkie nadleśnictwo zamie­ściło na swojej stronie internetowej film, na którym widać, jak wataha (w rze­czywistości ponad dwudziestu) wilków poluje na niedźwiedzicę z dwoma niedź­wiadkami. W kulminacyjnym momencie filmujący całe zajście leśniczy krzyknął: „Nie! Zostawcie!”. Wilki odskoczyły, niedźwiedzie uszły cało, leśniczy wes­tchnął: „Jezu!”. I się zaczęło…

– To jest bezprawne płoszenie zwie­rząt chronionych! […]

Cały tekst w marcowym numerze „Łowca Polskiego”

Paweł Biliński / fot. Rafał Łapiński.