Na tropie rogacza

Praktyka łowiecka pokazuje, że odnalezienie kozła może okazać się trudne, jeżeli nawet padnie on w ogniu.

Przeszkadza w tym wysoka gęsta roślinność i problem z ustaleniem miejsca, w którym zwierz był widziany. W podobnych sytuacjach prędzej czy później sięgamy po koło ratunkowe, czyli telefon do przyjaciela, który ma psa.

W obecnym sezonie byłem wzywany do podobnych spraw już kilka razy, a moja labradorka w samym tylko maju i w pierwszych dniach czerwca pomogła odnaleźć pięć kozłów i trzy dziki. Zaznaczam, że nie były to trudne przypadki, tylko po prostu warunki terenowe uniemożliwiały odnalezienie zwierzyny bez pomocy czworonoga.

Nie bądźmy rasistami

Do tej pory moim najlepszym tro­powcem była jamniczka. Niestety, padła ofiarą upływającego bezlitośnie czasu i ostatecznie w zeszłym mie­siącu, w wieku trzynastu lat, ode­szła do Krainy Wiecznych Łowów. Od jakiegoś czasu zastępuje ją – z bardzo dobrymi efektami – czarna labradorka o niespecjalnie wyszu­kanym imieniu Czarna. Jej talent do tropienia objawił się przypad­kiem. Otóż dwa lata temu wybrałem się z nią w sierpniu na wieczorne zloty kaczek i kiedy byłem w poło­wie drogi, zadzwonił kolega z prośbą o pomoc w odszukaniu rogacza. Pod­jechałem w wyznaczony rewir, ponie­waż było to po drodze. Wypuści­łem na miejscu labradorkę, żeby nie zostawiać jej w nagrzanym samocho­dzie, i podszedłem do kolegi. Zanim wytłumaczył mi, skąd strzelał, gdzie stał kozioł i w którą stronę uciekł, usłyszeliśmy szczekanie Czarnej. […]

Cały tekst w lipcowym wydaniu „Łowca Polskiego”

 

Andrzej Wilczopolski / fot. Karl – Heinz Volkmar.

  • ________________________

  • Warto przeczytać

    • ©Łowiec Polski 2013
    • projekt - Unia Interactive

    Facebook

    Twitter