Ostatni kęs

Wieczorem w dniu oddania do druku poprzedniego numeru dotarła do mnie informacja – w ciągu trzech dni „dobra zmiana” zamierzała „zaorać” PZŁ.

Tradycyjnie pierwszy toast podczas biesiady wznoszony jest nie za króla, lecz za nasz związek! W tym roku temat przyszłości PZŁ całkowicie zdominował nasza spotkanie. Żegnając się, jeden z kolegów podzielił się z nami opowieścią o polowaniu, na które wybrał się kilka dni wcześniej… W planie był jeszcze jeden byk. Wyjątkowo dzień był słoneczny, dlatego, choć pod amboną odnalazł mnóstwo tropów, zdecydo­wał się na obchód łowiska. Wolno przemierzał zaśnieżony las, upajając się jego zimowym pięknem. W pew­nym momencie spostrzegł cztery byki odpoczywające na grubym lesie. Wybrał selekcyjnego widlicznego dziesiątaka. Byk padł w ogniu. Jak każe tradycja, uszanował go pieczęcią i ostatnim kęsem, w zadumie oddając hołd królowi lasu. Panowała kompletna cisza, zakłó­cana uporczywą myślą, czy aby nie było to jego ostatnie polowanie…

Wieczorem w dniu oddania do druku poprzedniego numeru dotarła do mnie informacja – w ciągu trzech dni „dobra zmiana” zamierzała „zaorać” samorząd­ność naszej organizacji. Nie mogłem już zatrzymać druku i dlatego w poprzed­nim miesiącu nie było ani słowa o zmianach, jakie zaproponował nowy minister środowiska.

W kolejnych dniach wielu myśliwych intensywnie „pracowało” nad zdoby­ciem na piśmie tajemniczych zapisów. Ponoć nikt ich nie miał…

Nieoczekiwa­nie ujawnił je właściciel forum łowiec­kiego, który – moim zdaniem – od wielu lat intensywnie pracuje nad unicestwie­niem obecnego modelu łowiectwa, a publikując „tajny” dokument, dał wszystkim czytelny sygnał, kto tworzył destrukcyjne przepisy.

W trybie pilnym została zwołana odprawa łowczych okręgowych. Nie jest tajemnicą, że w trakcie tej narady zapadła między innymi decyzja o zor­ganizowaniu manifestacji w obro­nie samorządności naszego związku. W Internecie pojawiła się informacja, że jest to oddolna inicjatywa zwolen­ników dekomunizacji związku – tak, jakby to był największy problem naszej organizacji.

Wielu łowczych, widząc nieoczeki­wany rozwój sytuacji i dziwnej treści apele, wycofało swoje poparcie i nie przyjechało do Warszawy. Przed gma­chem Ministerstwa Środowiska zjawili się najbardziej zatroskani o los związku. Byłem tam i widziałem, że dla części działaczy przebieg zgromadzenia był całkowitym zaskoczeniem. Pytali mnie, jak to się stało, że grupka nikomu nie­znanych „działaczy” uzurpuje sobie zasługi skrzyknięcia myśliwych i zorga­nizowania tej demonstracji. Nie znam odpowiedzi na to pytanie, ale zwykła przyzwoitość nakazuje mi podziękować wszystkim tym, którzy faktycznie zmo­bilizowali myśliwych do zamanifesto­wania swojego niezadowolenia wobec zmian w prawie łowieckim. Mieliśmy szansę zakrzyknąć głosem 120 tys. gardeł.

Rozmawiałem z wieloma osobami – dla części z nich frekwencja była dowo­dem, że idea samorządnego związku dla większości myśliwych nie przedstawia już żadnej wartości! Próbowałem im wytłumaczyć, że nie można pochopnie wyciągać tak daleko idących wniosków, ale chyba nie byłem wystarczająco prze­ konywający. W nadchodzących dniach miałem się boleśnie przekonać, jak wielu myśliwych – teoretycznie zrzeszo­nych pod jednym sztandarem Polskiego Związku Łowieckiego – zwyczajnie się pogubiło.

Przeprowadziłem w tym czasie dzie­siątki rozmów i uruchomiłem wszyst­kich znajomych, którzy mogli mieć przełożenie na obecnie rządzącą partię. Tak samo postąpiło wielu innych dzia­łaczy związku. Polityków nachodzili zwykli myśliwi zatroskani o los naszej samorządnej organizacji. Rozmawia­jąc z nimi, widziałem jednak, że nie wszyscy są przekonani co do słusz­ności obrony samorządności naszego związku. Spotkałem się nawet z twier­dzeniem, że może nadszedł już czas na prywatyzację…

Wszystkim, którzy zaangażowali się w obronę PZŁ, chcę w tym miejscu bardzo podziękować. Wasze poświęce­nie nie poszło na marne. Udowodnili­ście, że związek, nasze tradycje i historia mają wielką wartość i żadna ustawa nie jest w stanie przekreślić tego dorobku.

W tej trudnej sytuacji mogliśmy jednak poznać prawdziwe charaktery naszych kolegów i koleżanek. Dzi­siaj przynajmniej wiemy, kto rozumie i popiera istotę społecznej organiza­cji, a kto nie ma kręgosłupa i cicha­czem „współpracuje” z naszymi prze­ciwnikami – cenna wiedza i nauka na przyszłość!

Stare powiedzenie mówi, że wro­gów należy trzymać blisko i przed sobą. Niestety, nie jesteśmy w stanie utrzy­mać wszystkich „przyjaciół” w tej relacji. W mediach upowszechniła się fałszywa teza, że wrogiem myśliwych są rolnicy. Tymczasem ja widzę jedynie małą grupę „pseudorolników” spryt­nie podprowadzoną przez zwolenni­ ków komercjalizacji łowiectwa. Trzeba przyznać, że w świadomości części polityków udało się bardzo skutecznie wykreować pogląd, że między rolnikami a myśliwymi istnieje konflikt. Oczywi­ście, że w każdym obwodzie łowieckim znajdziemy cwaniaka, który próbuje wyłudzić kasę i zawsze jest niezadowo­lony, jednak mówienie na tej podsta­wie o ogólnopolskim konflikcie między łowiectwem a rolnictwem jest zwykłym kłamstwem i nadużyciem!

Oglądając posiedzenia komisji sej­mowych, widzę tam zawsze tych samych kilku „młodzieńców” wygadujących głupoty, jak to koła łowieckie rujnują ich gospodarstwa. Publicznie zadaję im pytanie: Jeśli jesteście tak pokrzyw­dzeni, to ile spraw w sądzie wygraliście? Myślę, że żadnej, bo zbyt często mówi­cie o konieczności wprowadzenia zmian w sposobie wydzierżawiania obwodów! Jestem przekonany, że większość myśli­wych domyśla się, kto za wami stoi!

Konflikt jednak jest, i to fundamen­talny, ale między myśliwymi a obroń­cami życia wszelakich zwierzaków. Naszymi przeciwnikami nie są żadni ekolodzy – ale weganie – którzy dążą do wprowadzenia zakazu polowań i przemysłowego chowu zwierząt. Wywalczone zmiany i tak ich nie zaspo­koją. Będą protestować dalej, ponieważ swoją buddyjską ideologię wprowadzają w trybie świętej wojny!

W tej debacie od dawna nikt już nie zwraca uwagi na merytoryczne argumenty, liczą się tylko kontakty, czyli zdolność dotarcia do polityków. Wegańscy aktywiści zdołali przekonać Jarosława Kaczyńskiego do wprowadze­nia zakazu hodowli zwierząt futerko­wych, a teraz również do uwzględnienia w ustawie części pseudoekologicz­nych postulatów. Prawdopodobnie nie będziemy mogli zabierać naszych dzieci na łowy, szkolić psów, a polować będziemy 500 metrów od zabudowań. Nawet jeśli te żądania zostaną „złago­dzone”, to nikomu z naszych czytelni­ków nie muszę tłumaczyć, jakie konse­kwencje przyniosą takie zapisy.

Czy weganie tym razem nas poko­nali? Moim zdaniem – nie! Prawdzi­wymi szkodnikami okazali się „refor­matorzy” z naszego grona, którzy dolali przysłowiowej oliwy do ognia. Nie jest tajemnicą, że wśród naszej społeczności jest grupa zwolenników komercjalizacji i zwykłych frustratów, którym wciąż nie udaje się uzyskać poparcia w demokra­tycznych wyborach. Ich odosobnione poglądy zostały odczytane jako głos suwerena i zostały przedstawione jako dowód na złe funkcjonowanie całego związku. Brak jedności jest zabójczy w każdych okolicznościach – politycy skwapliwie wykorzystują tę sytuację.

Wszyscy myśliwi zadają sobie pyta­nie: co dalej? Część jest mocno rozcza­rowana nieoczekiwanym zwrotem akcji w parlamencie i już szuka winnych. Moim zdaniem, zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy zrobić, a nawet więcej. Odsunęliśmy likwidację obecnego modelu nie o dwa lata – jak sądzi dzisiaj spora część myśliwych – lecz obronili­śmy go przez 29 lat!

Czy przegraliśmy? Moim zdaniem – jeszcze nie! Mamy nadal jeden zwią­zek, duże obwody, a zwierzyna wciąż jest własnością Skarbu Państwa. To jest fundament naszego modelu i teraz naj­ważniejsze jest utrzymanie tych pryn­cypiów. Zmienią się władze Zrzeszenia i będziemy funkcjonować w dużo trud­niejszych warunkach, ale jeśli zwią­zek przetrwa, wciąż będzie miał szansę odbudowania swojej pozycji!

W czasie „agitowania” spotkałem się z jednym z moich starszych kolegów, który działa w naszym związku już od kilku dziesięcioleci. Z wielkim żalem opowiadał, że coraz mniej myśliwych rozumie, jakie znaczenie ma organizo­wanie imprez kynologicznych, strzelec­kich czy tych związanych z naszą trady­cją i kulturą. Jego zdaniem, za dużo było w naszych szeregach przyszywanych rycerzy świętego Huberta, dla których najważniejszą aktywnością było… krę­cenie kiełbasy!

Wielu prawdziwych społeczników po zapoznaniu się z treścią propono­wanych zmian straciło chęć do działa­nia. Głównym powodem jest projekt likwidacji okręgowych rad łowieckich. Ten zapis uważam za koronny dowód braku wiedzy o funkcjonowaniu naszej organizacji. Uzasadnienie ministra, jakie przedstawił w Sejmie, było dla mnie nie tylko śmieszne, ale potwierdziło, że ten kuriozalny pomysł mógł zrodzić się w naszych szeregach, podsunięty przez jakiegoś sfrustrowanego „kolegę” lub „urzędnika” nierozumiejącego podsta­wowej idei związku.

Wniosek może być tylko jeden. Mini­strowi nie zależy na społecznej pracy tysięcy działaczy, którzy zbudowali etos naszego związku. Dzisiaj ważniejsze jest szybkie wystrzelanie dzików, które zagrażają hodowcom świń. Dlatego politycy chcą nałożyć na związek kaga­niec, trzymać koła łowieckie na smyczy, a myśliwym wydawać krótkie rozkazy. Być może za kilka lat problem dzików zniknie i populacja się odbuduje. Jed­nak po takiej kuracji nasza organizacja będzie poruszać się tylko na wózku.

Wielu myśliwych żyje w przekona­niu, że związek to coś więcej niż tylko strzelanie. Porzucenie naszej kultury i obyczajów zniweluje różnicę między myśliwym a zwykłym kłusownikiem. Nasze wielowiekowe tradycje nie są gor­setem utrudniającym oddychanie pełną piersią, lecz szkieletem przyzwoitego i prawego łowcy.

Paweł Gdula / fot. Shutterstock.

  • ________________________

  • Warto przeczytać

    • ©Łowiec Polski 2013
    • projekt - Unia Interactive

    Facebook

    Twitter