Porzeczkowy kozioł

Urok trofeistyki to wspomnienia, które wracają, gdy zatrzymamy wzrok na orężu czy parostkach. Jaka była historia strzelenia tego rogacza?

Przez całe lata wiosenny sezon zaczynałem po Wielkanocy od wizyty na Bachorzu. To już był rytuał, zostawiałem samochód na łące przy „Pani Dołku” i szedłem powolutku na Bachorz, który był spo­rym półwyspem wciśniętym między dwa jeziora. To sam koniec naszego łowiska i mało kto tam zagląda, a o tej porze roku – wczesną wiosną – byłem jedynym, którego ciągnęło w te strony. Pod koniec dnia siadałem na stołku pod lasem i… siedziałem. Słuchałem odgłosów ptaków, niemal liczyłem roz­wijające się liście starej brzozy rosnącej na szczycie półwyspu.

Dla mnie jest to miejsce magiczne. Nie wiem, dlaczego. Może za sprawą ciszy – nigdy nie dochodzi tu żaden odgłos szosy i tylko latem czasami słychać głosy turystów pływających kajakami. W połowie kwietnia na Bachorzu zaczynały ciągnąć słonki. Mimo że wtedy jesz­cze można było na nie polować, nigdy tego nie próbowałem. Dziś tego żałuję, bo nie mam długodzio­bego ptaszka na rozkładzie, ale wtedy wydawało mi się to niesto­sowne. Nawet nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego. Nie­stosowne i już…

Siedziałem tylko na stołku i obserwowałem. To było takie moje rytu­alne otwarcie wiosny. Zapa­dające za kanałem słońce i chrapanie przelatujących słonek.

Tamtej wiosny nie dane mi było jednak pójść na Bachorz. Chirurg w prowincjonalnym szpitalu okazał się wprawdzie mistrzem nad mistrze i podciął mi szyję tak, że po latach pod lupą trzeba szukać śladu skalpela, ale  kategorycznie zabronił przez dłuższy czas wychodzić w chłodniejsze ranki i wieczory.

– Złapiesz katar, komplikacje murowane i wtedy zamiast trzech dni posmakujesz szpitalnej zupki przez dwa tygodnie – ostrzegał życzliwie, dodając, że z obiecaną kiełbaską z dzika aż tak się nie spieszy.

Cały kwiecień przesiedziałem w domu. Co tu ukrywać – nosiło mnie, tym bardziej że wiedziałem, iż drugiego maja łowczy zamknie obwód na co naj­mniej trzy tygodnie. Wiadomo – zło konieczne, dewizowcy. Wyglądało na to, że do lasu ze strzelbą pójdę dopiero w czerwcu.

Po powrocie z pierwszomajowego pochodu, na który wbrew dzisiejszym twierdzeniom chodziło się chętnie, bo była to świetna okazja do towa­rzyskich spotkań, zasiedliśmy w kilku kolegów w parku i zaordynowaliśmy po piwku. Z głośników rozwieszanych tego dnia po całym mieście płynęły piosenki – raczej mało rewolucyjne, takie bardziej o wiośnie, miłości, rado­ści, a my wspominaliśmy poprzedni sezon. Poskarżyłem się na swoją nie­dolę i wtedy Olek – łowczy z sąsied­niego koła – stuknął się ze mną kuflem i powiedział:

– Nie martw się, druhu, u mnie w tym roku dewizowcy dopiero w czerwcu. Pogadam z prezesem.

Następnego ranka, gdy dopija­łem w pracy pierwszą z sześciu kaw, zadzwonił telefon.

lowiec_baner_09_2016_2 lowiec_baner_09_2016_3

Sergiusz Piasecki / il. Michał Nowakowski

  • ________________________

  • Warto przeczytać

    • ©Łowiec Polski 2013
    • projekt - Unia Interactive

    Facebook

    Twitter

    Google Plus


    • 17 Oct 2017

    • 16 Oct 2017

    • 15 Oct 2017

    • 14 Oct 2017

    • 13 Oct 2017

    • 11 Oct 2017

    • 10 Oct 2017

    • 9 Oct 2017

    • 9 Oct 2017

    • 9 Oct 2017