Sposób na rogacza

Część jaroszy, wczuwając się empatycznie w skórę rogacza, domaga się coraz głośniej zakazu dmuchania w fifulki, bo ich zdaniem to perfidne oszustwo.

W czasach, gdy samochody terenowe były w naszych łowiskach rzadkością, Niemcy przywlekli modę zwaną Gum­mipirsch – to taki podchód na opo­nach. W swoich jeepach i land roverach objeżdżali bezdrożami rewiry i wypa­trywali kozłów, a gdy podprowadza­jący łamaną niemczyzną zawołał: „Gut! Schiessen!”, wyskakiwali z auta i strzelali. Na początku było zdziwie­nie dla tego typu polowań, później zrozumienie dla wygody nieruchawych komercyjnych gości. Lata mijały, Polacy się bogacili, terenówki stały się myśliw­skim standardem i niemiecka moda dopadła także nas.

Znałem romantycznego łowcę, który wybrał się na gościnne polo­wanie. Sezon na rogacze był w pełni, zielony glejt do lasu wystawiony, a przy obiedzie gospodarze żywo roz­prawiali o „baranku” – tak nazwali kozła, za którym jeździli już trzeci sezon z rzędu. Żył w pasie szerokiej łąki między bagnem a oddalonym o dwa kilometry opuszczonym gospodar­stwem. Co zajechali pod bagno, to on stał pod ruderą stodoły; co podjechali pod stodołę, to on właśnie z bagna się wychylał. I tak kolejny rok. Powiedzieli, że mają już dość i jeśli gość bardzo chce, to może na niego zapolować. Romantyk popatrzył na mapę i zapytał łowczego, czy bagno da się przejść. – Jak to bagno przejść, pieszo? – zdziwił się łowczy. – Jest tam taki mostek, ale nikt przecież tutaj nie chodzi, za kozłem się u nas jeździ! Po południu przebrnęli bagno i zapoceni stanęli w połowie łąki. Gdy tylko zaszło słońce, „baranek” podniósł się z gęstych traw i już tam pozostał – zacny bagienny myłkus. Przy kolacji myśliwy odebrał gratulacje, ale z taką jakby cierpką nutą i wśród lodowatych spojrzeń. […]

Cały tekst w majowym wydaniu „Łowca Polskiego”

 

Paweł Biliński / fot. Rafał Łapiński.

  • ________________________

  • Warto przeczytać

    • ©Łowiec Polski 2013
    • projekt - Unia Interactive

    Facebook

    Twitter