Towarzyszka łowów

Śrutówka jest świadkiem moich łowieckich sukcesów i niewyjawionych nikomu klęsk – pisał Hemingway. Emocjonalny stosunek do broni cechuje wielu myśliwych.

dryling-01-p

Szanujący się łowca szanuje swą broń. Gdy jesiennym popołudniem lub zimowym rankiem znajdzie się w kniei, i wyjmie z futerału kniejówkę, dryling czy sztucer, polowanie już będzie udane. I zupełnie nieistotne, czy myśliwy spotka wtedy zwierza, czy nie. Ważne, że idąc do ambony poczuje na ramieniu przyjemny ciężar, a podczas zasiadki nacieszy oko dziełem grawera i usłojeniem orzechowej osady… Tak twierdził Józef Szymkowiak, znakomity poznański rusznikarz, który miał zaszczyt wykonywać ekspres kulowy dla pana prezydenta Ignacego Mościckiego.

Da tych, którzy broń uważają nie tyle za narzędzie, co raczej za towarzyszkę łowów, przypominamy opowiadanie Edwarda Wolewicza „Kubuś”.

JS / fot. archiwum „Łowca Polskiego”

***

Kubuś

Lufy mają 70 centymetrów długości, śrutem strzela się jak z normalnej dubeltówki, a myślę, że i strzał kulowy też coś zyskuje na tych kilkunastu centyme­trach ekstra. Kaliber spokojny — 8 × 57 + 2 × 16, Na czarnej oksydzie kładą się miękkie refleksy światła, odbijając się w lśniącej politurze, która pokrywa wykonane w orzechu łoże. Spoczywa w oszklonej gablotce stojącej na moim biurku. Do chwili nabycia tego drylingu trzymałem broń nor­malnym zwyczajem w futerałach w głębi szafy. Dopiero kiedy zaczęła się ta niesamowita historia…

Zaczęła się zaś od momentu, kiedy po raz trzeci na jednym polowaniu piękny lis przemknął mię­dzy ośnieżonymi sosenkami i przepadł po drugiej stronie linii nie strzelany. Dubeltówka stała opar­ta o pień, podczas gdy ja pełen napięcia i go­towości trzymałem sztucer na spotkanie z „pew­nymi” w tym miocie dzikami. W następnym mio­cie spora wataha dzików przewaliła się o 20 kroków ruszona z kępy pojedynczych świerków, gdzie zdawałoby się nie powinno być nawet szaraka. Gorączkowo zmieniałem w dubeltówce naboje na breneki, nie myśląc nawet o przewieszonym przez plecy sztucerze. Dziczy tramwaj wjechał po­między rosnące za linią brzozy w akompaniamen­cie palby z dalszych stanowisk. Strzelałem, ow­szem. Źle przyłożona kolba wyrżnęła mnie w ra­mię, zaś cienka brzózka potraktowana breneką bezwładnie osunęła się na śnieg. Na tropie nie było oczywiście nic, choć pełni nadziei kopaliśmy się w śniegu chyba z pół kilometra.

Na najbliższym popasie spojrzałem ze złością na obarczające mnie uzbrojenie.

– No, dosyć tej zabawy w „ciuciubabkę”, ku­puję dryling i koniec.

Nabycie jednak nowego egzemplarza znacznie przekraczało maje możliwości finansowe, więc używany?
Szukałem długo, aż wreszcie jeden z wypyty­wanych podał mi adres wraz z obiecującym komentarzem:

„Pojedź i pogadaj, ale wątpię czy coś wskó­rasz, bo to jakiś straszny dziwak. W każdym ra­zie przestaje polować, a ma jakiś dryling”.

Domek w podwarszawskiej miejscowości od­szukałem z trudem. Na dzwonek odezwał się psi duet i już myślałem, że prócz czworonogów nie ma w domu żywej duszy, gdy nagle drzwi się otworzyły.

– Pan w jakiej sprawie?
– Słyszałem od – wymieniłem nazwisko kolegi — że ma pan do sprzedania dryling.
– Niech pan wejdzie.

W korytarzu, który biegł przez całą szerokość domku, kończąc się oknem wychodzącym chyba na ogródek, nie było na ścianach dosłownie centymetra wolnego miejsca. Pokrywały je opra­wione na brzozowych i sosnowych plafonach parostki rogaczy, oręż dzików, a wyżej z przy­ciętych gałęzi spoglądały wypchane drapieżniki z rozpostartymi skrzydłami. Taka obfitość trofe­ów lekko mnie ogłuszyła.

– Proszę dalej, przejdźmy do mego pokoju – przepuścił mnie przodem.

Mogłem teraz lepiej przyjrzeć się gospodarzo­wi. Był to starszy już człowiek, lecz o postawie znamionującej wojskowego, z tych co to, jak mó­wią, nawet śpią na baczność.

Z szuflady przepastnego biurko wydobył roz­łożoną broń w flanelowych powijakach. Zręczny­mi ruchami złożył lufy z baskilą, podał mi całość. Już na pierwszy rzut oka zauważyłem, że dryling jest o dobre 10 cm dłuższy od normalnie spotykanych. Gdy trzymałem go w ręku, nie czu­łem jednak większego ciężaru. Złożyłem się — skład idealny, jakby robiony na zamówienie, wy­ważenie wspaniałe, a dwa kureczki misternie cy­zelowane dodawały broni tego uroku, jaki cechu­je szlachetne antyki i stare obrazy.

– Piękna broń, świetnie mi leży.
– No tak, ale kurkowa – odparł gospodarz. – Niektórzy wstydzą się polować z kurkówką.

Zajrzałem do środka przygotowany na obraz nieuchronnego zużycia: wnętrze luf było nieska­zitelnie czyste, gwint ostry bez śladu wżer. Broń wyglądała jakby wyszła z warsztatu rusznikarskiego przed rokiem.

– Gotów jestem ją panu odstąpić, ale pod warunkiem…
– Jeśli tytko cena będzie mi odpowiadać, zga­dzam się na każdy warunek.
– Cenę uzgodnimy, chodzi o to, że gdyby kie­dyś chciał pan ją odsprzedać, proszę najpierw zgłosić się do mnie. Zgoda? Wie pan, czasami miałem wrażenie, że to on — pogładził ręką szyjkę łoża — poluje ze mną, a nie ja z nim. Niech pan dba o niego. Zwierzyna ciągnie na niego, jak zamówiona, ale musi go pan darzyć takim przywią­zaniem, jak ja.

Na wiosenne kozły pojechałem z „Kubusiem”: kurki jak dwa „ucha”, więc „Kubuś Uszatek”. Szosa do leśniczówki biegła od starego poniemieckiego cmentarza pod ścianą lasu, odcinając go od szerokiego pola, na którym pobliski PGR z uporem godnym lepszej sprawy sadził rok rocz­nie ziemniaki ku uciesze jeleni, dzików, no i nas myśliwych. Widać jednak w tym roku podjęto za­sadnicze decyzje, gdyż tam gdzie zwykle ziele­niły się nacie ziemniaczane, teraz rosło zboże. Pole ograniczone było z drugiej strony ścianą gę­stego młodnika, przechodzącego w wysoki las, który rozciągał się aż do brzegów sporego je­ziora i dalej do drugiej szosy, będącej już grani­cą obwodu. Samochód zostawiłem na skraju lasu.

Z „Kubusiem” na ramieniu, oparty o pień przy­drożnej sosny, oddawałem się kontemplacji, gdy nagle spostrzegłem, jak z owego przeciwległego młodnika wysuwa się jakieś zwierzę. Światło za­chodzącego słońca sprawiło, że w lornetce miałem rogacza jak na dłoni. Co za rogacz! Sztuka wielka w tuszy, siwy łeb ozdobiony parostkami o zrośniętych różach i prawie bez odnóg. Rogacz przecinał na ukos pole, zdawałoby się nie zwra­cając uwagi na otoczenie. Prawie nie oddycha­jąc, pomaleńku, udało mi się doprowadzić dry­ling do ramienia. Uchwycenie rogacza w lunetę było dziełem sekundy. Rogacz nagle stanął, nasłuchując dalekiego i narastającego warkotu motocykla.

Gdy na podwórku leśniczówki wyciągnąłem zdobycz z bagażnika, leśniczy stanął jak wryty.

– Toż ja tego dziadka znam, trzy lata chodzi­łem za nim. Żeby tak od razu wyszedł o tej go­dzinie na strzał i to w dodatku tam, gdzie go nigdy nie widziałem… Ale ma pan szczęście!

I tak poszło dalej.

Na rykowisku, pierwszego dnia zaraz po przy­jeździe, wybrałem się z żoną na ambonę. Trak­towałem tę wyprawę jako spacer po podróży, nie licząc na żadne spotkanie, ambona stała na stra­conej pozycji. Wybudowana przez poprzedników służyła do obserwacji i polowania na zwierzynę przechodzącą przez pas szerokiej śródleśnej łąki, okolonej z trzech stron gęstymi młodnikami, a z czwartej starym lasem. Otóż te młodniki grani­czyły bezpośrednia z polami i wszystko, co ciąg­nęło z ostoi położonej w głębi puszczy, musiało przechodzić przez ten pas łąki doskonale widocz­ne z ambony. Zmiany w układzie drzewostanów sprawiły, że ambona tkwiła obecnie na brzegu mizernej uprawy, jak gdyby wciśnięta pomiędzy dwa języki rzadkiej drągowiny. Można było przez nią dostrzec pracujące na polach ciągniki. Spec­jalnie wybrałem tę ambonę, gdyż po pierwsze chciałem wysapać spokojnie trudy podróży, a po drugie, no cóż, polowanie w towarzystwie uko­chanej kobiety jest na pewno pełne uroku, ale na jelenie zdecydowanie wolę polować sam.

Zaczęło lekko szarzeć, gdy stało się coś, co wprawiło mnie w osłupienie. Z tej rzadkiej drągowiny po lewej stronie, przy stałym akompania­mencie warkotu traktorów na odległym polu, wy­sunęły się na skraj uprawy – jelenie. Łania, cie­lę, łania i jeszcze jedna. Łanie szły przez środek uprawy w kierunku drugiego języka drągowiny, przechodząc przed amboną w odległości około 100 metrów.

Pierwsze pytanie kolegów, gdy dostrzegli nas wchodzących w obejście leśniczówki, brzmiało:

– Do czego tam hałasowałeś, do wrony?

Nikt nie chciał wierzyć, gdy mówiłem o strze­lonej łani. Ba, prośby o pomoc w przywiezieniu traktowali jak dobry kawał. Wreszcie jakoś uda­ło mi się zmobilizować wyprawę transportową. Nikt nie potrafił wytłumaczyć, jakim cudem chmara niespłoszonych jeleni przebywała w drągowinie, przezroczystej jak dziurawa firanka i to nie zwracając uwagi no dochodzące z pól odgło­sy. Z tej ambony przez następne lato nikt nicze­go więcej nie strzelił.

Zimowe polowanie no dziki. Młodnik, w którym zaległa wataha, oddzielony był od reszty lasu szeroką droga. Węższym bo­kiem przylegał bezpośrednio do jeziora, drugi od­dzielony był od drągowiny dość szerokim pasem wypaleniska. Ostatni bok graniczył z polami. Sta­nowisko wypadło mi dość paskudne, bo właśnie na owej ścianie stykającej się z polem. Wydawać by się mogło, że gdzie jak gdzie, ale na otwarte pole dziki nie pójdą. Zresztą z doświadczenia wiadomo była, że będą przerywać się przez ową piaszczystą drogę w kierunku śródleśnych ha­szczy i bagienek. Nadziałem więc „Kubusia” kulą i śrutowymi nabojami, spodziewając się raczej jakiegoś zajączka lub może lisa. Naganka z psa­mi zaszła od jeziora i w cichym młodniku zaczął się nieopisany rwetes.

Jazgot psów, które wpadły na dziki, krzyki na­ganiaczy, walenie kijami w pnie drzew, trzask gałęzi, wszystko to zaczęło się przesuwać wzdłuż młodnika w kierunku wypaleniska. Od strony wy­sokiego lasu rozległ się strzał sztucerowy, potem drugi i trzeci. Zrezygnowany wsłuchiwałem się w te odgłosy, licząc w myślach ile to już dzików padło, gdy nagłe spostrzegłem, że gon, który przez kilka chwil wyraźnie obracał się dokoła jednego miejsca, zaczyna przybliżać się do mego stanowiska. Pełen nieśmiałej nadziei szybko zmie­niłem jeden nabój śrutowy na brenekę. Głosze­nie psów, trzask gałęzi, gwałtowne fukanie ode­zwało cię niespełna trzydzieści kroków ode mnie.

Ze ściany młodnika na otwarte pole wypadły trzy grube dziki. „Kubuś” strzela. Widzę jak dzik półskrętem wali się przez gwizd z takim impetem, że jadące nieomal na dzikach psy wpadają na miotającą się sztukę Przesuwam rygielek lufy ku­lowej, srebrna muszka dopędza drugiego dzika i znów strzał. Dzik gwałtownie rzuca się do przo­du. Szybko ładuję wystrzeloną broń, wpatrując się w uchodzące dziki, gdy nagle ten mój niknie mi z oczu.

Tymczasem psy dopadają i szarpią dzika leżą­cego nieopodal! Naganiacze wyszli już z miotu i słyszę ożywione glosy nadchodzących kolegów. Zbliżam się do mego dzika. Odległość nieduża, około czterdziestu kroków. Spora locha strzelona tuż za uchem leży w całej okazałości, obok wy­raźny trop pozostałych sztuk, idę do miejsca, gdzie strzelałem drugiego dzika. Ani farby, ani innych śladów. Idę uparcie dalej i znajduję go w odległości 150 metrów, leżącego w niedużym zagłębieniu.

Okazało się, że na resztę myśliwych wyszła duża samura prowadząca gromadę dziczków, a na spalenisko spory odyniec, który padł wraz z jednym z warchlaków. Dlaczego trójka dzików zdecydowała wyrwać się na otwarte pole, po którym musiała przebyć do następnego kompleksu leśnego z półtora kilometra? Tłumaczeń mogło być wiele, ja jednak czule pogłaskałem kolbę mego drylingu.

Od czasu kiedy stałem się właścicielem „Ku­busia”, nie było wypadku, aby opuściło nas łowieckie szczęście. Zwierzyna ciągnę­ła i ciągnie jak na niewidzialnej nici. Czasami wbrew logice i rozsądkowi. Nie miałem na przy­kład nigdy od tej pory wypadku, aby np. na ry­kowisku zaraz pierwszego dnia lub najdalej dru­giego nie spotkać się z bykiem, przy czym z za­sady okazuje się on jakimś zdeklarowanym se­lektem, porykującym na otwartym zrębie czy haliźnie, do tego jest akurat idealna droga i wiatr do podejścia, a czasami trafia się i drzewo jak gdyby wymarzone do oparcia broni. Na trzydnio­wym zbiorowym polowaniu ostatniego dnia kiedy rozkład łowów z uwagi na wyjątkowo niesprzyja­jącą aurę (trzeszczący, głęboki śnieg i cisza bez wiatru) zamykał się kilkoma zającami, strzeliłem jednostronnego szydlarza, którego nikt do tej pory w łowisku nie widział. Kiedy po zakończo­nym pędzeniu koledzy zebrali się koło leżącego jelenia, jednogłośnie stwierdzili, że szczęście to mam wprost niesamowite. Niesamowite, co? Niech mówią, ja wiem, że to „Kubuś”.

Stoi w swej szafce czysty i lśniący jak gdyby czekał, kiedy znowu wybierzemy się do lasu. Martwy przedmiot? No tak, lecz gdy jesteśmy ra­zem na polowaniu czuję, że są z nami ci wszyscy, po których pozostała cząstka myśliwskiej duszy zaklęta w drzewie i metalu.

Edward Wolewicz

 

  • ________________________

  • Warto przeczytać

    • ©Łowiec Polski 2013
    • projekt - Unia Interactive

    Facebook

    Twitter