Tropem Hemingwaya – Andrzej Kumor 1936–2017

Odszedł Andrzej Kumor. Myśliwy zakochany w Afryce, człowiek, którego pasją było poznawanie innych kultur.

Jego śmierć zaskoczyła wszyst­kich przyjaciół. Nic nie wskazy­wało na to, że nadchodzi. Czuł się dobrze, często w czasie spotkań towarzy­skich, przy kieliszku żartował:

– Pani z kosą jeszcze po mnie nie wyruszyła.

Andrzej Kumor był człowiekiem niezwy­kłym. Jako szesnastolatek został w czasach stalinowskich aresztowany i skazany na 6 lat więzienia za przynależność do młodzieżo­wej organizacji niepodległościowej. Groźny wypadek w kopalni Chorzów III, gdzie odbywał karę, sprawił, że zwolniono go warunkowo. Nie załamał się, skończył stu­dia, zrobił doktorat z nauk technicznych. Budował wielkie obiekty przemysłowe, także za granicą. A gdy zmieniły się w kraju warunki, stworzył własną firmę i odnosił sukcesy. Spełnił się zawodowo. Budował w NRD, Czechosłowacji i w Iraku. Hotel „Cracovia” jest jego projektem.

Poznałem Andrzeja w latach siedem­dziesiątych ubiegłego wieku u Kazika Win­klera, autora tekstów popularnych piose­nek „Czerwony autobus”, „Pierwszy siwy włos”, „O mnie się nie martw”, poety, myśliwego i miłośnika czeskich fousków. Winkler pisał także książki o łowiec­twie ( „Szczypta szaleństwa”, „Polując na miłość”). W spotkaniu uczestniczyli Janka Niwińska, która czeskie fouski w Polsce spopularyzowała, Jerzy Błażej Wilski, autor książki „Zrozumieć psa”, i Andrzej Kumor, właściciel psa o imie­niu Kim, którego układał właśnie Wilski. O psie Kimie Andrzej napisał później przepiękną książkę pt. „Psie przyjaźnie”. Można więc powiedzieć, że nasza przyjaźń zaczęła się od psich przyjaźni.

Andrzej Kumor był człowiekiem nie­zwykłym. W autobiograficznej książce „Przez życie” napisał: Ojciec zawsze mówił, że trzeba być porządnym człowie­kiem, tak by patrząc rano w lustro, nie mieć ochoty napluć na odbity wizerunek. I od tej zasady do końca życia nigdy nie odstąpił. Wrażliwy, zawsze pomagał potrzebującym, znany był ze swojej szczodrości. Fortuna nie pozbawiła go instynktu społecznego. Jego postura, sposób bycia, sposób wysła­wiania się wzbudzały zaufanie i przyspa­rzały mu przyjaciół. Ujmował otoczenie dobrocią i ludzkim ciepłem. Był czło­wiekiem tolerancyjnym, rozumiał racje innych.

Zainteresowania miał wszechstronne: architektura, historia sztuki, literatura. Na wszystko znajdował czas. Lubił biesia­dować w gronie przyjaciół, kochał życie i ze smakiem z niego korzystał, ale nigdy nie przekraczał norm, które dla siebie ustanawiał. Lubił różne trunki, ale pił je w sposób niestandardowy. Wódkę popi­jał piwem, a wino wódką, ale nikt nigdy nie widział go pijanego. Umiar był jego cechą wrodzoną.

Nasza znajomość przerodziła się z cza­sem w przyjaźń, traktował mnie po bra­tersku. W pierwszym numerze „Zeszytów Safaryjskich” ukazało się zdjęcie z kole­żeńskiego spotkania. Na zdjęciu widać osiem osób. Pierwszy od lewej Andrzej Kumor, moja żona i pozostali goście, ale podpis następujący: Od lewej Andrzej Kumor z małżonką, Marek Roszkiewicz, Leszek Ciepliński, Justyna i Józef Hryniewi­czowie, Jan Konopka i Ryszard Chański.

Zadzwoniłem do Andrzeja z „preten­sją”, że ukradł mi żonę.

– Nie ukradłem – odpowiedział – została mi przypisana. Teraz jesteś, Mareczku, jej młodszym mężem, ale aby wynagrodzić ci straty moralne, będę pokrywał koszty uczestnictwa „naszej” małżonki we wszystkich wspólnych imprezach.

Wyróżniał się ogromnym poczuciem humoru, potrafił żartować z samego siebie. Lubił zaspokajać pragnienia przyjaciół. Zapy­tałem go, nieopacznie, na jednym z polowań, czy nie sprzedałby mi sztucera. Chciałem go odkupić dla syna. Podarował go Hubertowi. Próbę zapłaty potraktował jak obrazę.

Uwielbiał podróże i poznawanie innych niż nasza kultur. Wielokrotnie towarzy­szyłem mu w wyprawach do Afryki, gdzie szybko znajdował słuchaczy, z talentem opowiadał o Polsce, o przemianach i histo­rii naszego kraju.

Wielką jego pasją było polowanie. Nale­żał do koła łowieckiego „Myśliwiec” zało­żonego przez Włodka Jurkowskiego. Wielo­krotnie wspólnie polowaliśmy na ptactwo i zwierzynę grubą, wyjeżdżaliśmy na ryko­wiska, polowania indywidualne i zbiorowe. Andrzej jednak najbardziej lubił polować na słonki. Twierdził, że w przelotach sło­nek jest coś magicznego i niepowtarzalnego.

Mój przyjaciel kochał życie i miał na nie wpływ ogromny. Szanował ludzi i czynił dla nich dobro.

Marek Roszkiewicz / fot. Elite Expeditions.

  • ________________________

  • Warto przeczytać

    • ©Łowiec Polski 2013
    • projekt - Unia Interactive

    Facebook

    Twitter

    Google Plus


    • 13 Dec 2017

    • 12 Dec 2017

    • 11 Dec 2017

    • 10 Dec 2017

    • 9 Dec 2017

    • 8 Dec 2017

    • 8 Dec 2017

    • 6 Dec 2017

    • 5 Dec 2017

    • 4 Dec 2017