Wigilijne polowanie

Niezapomnianych i pełnych ciepła Świąt Bożego Narodzenia,
Radości, jaką daje obcowanie z przyrodą
I poznania jej największych sekretów
Życzy naszym Czytelnikom i Sympatykom Redakcja „Łowca Polskiego”

Wigilijne polowanie

(Z dziennika myśliwskiego sprzed lat blisko dziewięćdziesięciu) Modlnica 24 grudnia 1927. Zawierucha śnieżna, ponowa, mróz 2°. Myśliwi: Staszek, Wojtek, Milek i ja. Naganki 7, gajowy Nowak.

Wilia. Ileż wspomnień ogarnia człowieka na dźwięk tego słowa. Ileż dziecinnie radosnych chwil przycho­dzi na myśl. Ileż wreszcie radości wlewa w nas ten dzień, gdy możemy go spędzić w gronie osób najbliż­szych i najdroższych. W dodatku w to najmilsze święto godzi się, a nawet należy polować. Kto bo­wiem w dniu tym choć chwil kilka spędzi pod zna­kiem świętego Huberta, ten może się spodziewać dobrego łowieckiego roku. Tak przynajmniej mówi jeden z przesądów myśliwskich, których przecież niewolnikami są nemrodzi. Nic więc dziwnego, że każdy kto może, jedzie do lasu lub w pola, na wigilijne polowanie.

Wigilijne polowanie. Zdawałoby się, że takie samo jak tyle podobnych wśród roku, a jednak inne. O jak jeszcze inne! A nawet powiedziałbym jedyne w swo­im rodzaju. Cisza i spokój kniei pozwalają by z wię­kszą siłą owiał myśliwych rój wspomnień z tylu minio­nych wilii i tak rozmaicie przeżytych. Brać myśliwska jakaś poważnie wesoła. Choć z twarzy wszystkich bije radość i wesele, to jednak mało słychać dowcipów lub docinków, przekomarzań lub opowiadań. Jednym słowem nastrój wigilijny robi swoje, a polowanie wigilijne ma przez to swój specjalny urok. Jakże więc tu człekowi siedzieć tego dnia w domu i grzać się przy kominku a nie pójść na łowy. Tym bardziej, że wczo­raj spadł pierwszy tego roku śnieg, więc i ponowa cudowna. Prócz tego gajowy zawiadomił, że lisy są otropione w lasku Giebułtowskim.

No i ochota myśliwska też coś znaczy! Krótko mówiąc, pojechaliśmy. Nic to, że zawieja śnieżna szalała, sypiąc tumanami białych płatków w oczy. Nic to, że wiatr wiał jak szalony. Nic to, że naganka nie dopisała w tej liczbie jak się spodziewałem. Nic to, żeśmy porządnie zmarzli na stanowiskach. W taki dzień takie sprawy nie grają roii, a polowanie zawsze zaliczę do najmilszych w roku.

Lisy były dwa, ale przeszły bokiem. Trzeci wyszedł na mnie, ale gdy się złożyłem zrobił „firułkesa”, tak że nie zdążyłem strzelić nim znikł w krzakach.

Prędko zapadający zmierzch zmusił nas do szyb­kiego powrotu. Wprawdzie bez trofeów, ale mimo to zadowoleni i pełni nadziei wielkich zdobyczy w przy­szłym roku, wracaliśmy do domu, gdzie czekała nas wilia.

W jadalnym pokoju oświetlonym świecami bielił się długi stół, przykryty obrusem, pod którym na środku ułożona była wiązka siana, a na niej długa biała, pszenna strucla. W rogach pokoju stały snopki zboża, a to żyta, pszenicy, jęczmienia i owsa. Przy stole było 16 miejsc, dla Rodziców, nas – dziesięciorga dzieci, dla wuja Mariana Bogdanowicza, dwojga domowników i niespodziewanego gościa, jak każe tra­dycja.

Gdy pierwsza gwiazda błysła na firmamencie, siedliśmy do wigilii, łamiąc się przedtem opłatkiem. Po wilii przeszliśmy do drugiego pokoju, gdzie czekało nas jarzące się drzewko. Po wspólnym odśpiewaniu kilku kolęd nasza Matka wręczyła każdemu podarun­ki ułożone pod drzewkiem. W cieple miłości rodzin­nej tajały wszelkie dawne nieporozumienia i znikały smutki. Było miło, serdecznie i wesoło.

A na dworze wypogodziło się zupełnie. Niebo migotało tysiącem złotych gwiazd. W powietrzu była cisza i spokój. Z dala tylko dochodził głos kolędy „Wśród nocnej ciszy…”

Adam Konopka / fot. archiwum „Łowca Polskiego”

  • ________________________

  • Warto przeczytać

    • ©Łowiec Polski 2013
    • projekt - Unia Interactive

    Facebook

    Twitter