Z synem w kniei

Poluje się dla towarzystwa, a nie ma przecież lepszego niż towarzystwo syna lub córki – następców i kontynuatorów łowieckiej tradycji.

Znakomity pisarz Leopold Pac – Pomarnacki powiedział kiedyś, że na łowach to jak w miłości: raz się wiedzie, a dziesięć razy nie… To dlatego polowania, podczas których święty Hubert okaże nam swą łaskawość, zapamiętujemy na całe życie. Dzieje się tak zwłaszcza wtedy, gdy łowiecką przygodę myśliwy przeżywa z synem lub córką, wiedząc, że w przyszłości będzie miał komu przekazać ukochaną śrutówkę. I że rodzinne tradycje będą kontynuowane. Przypominamy opowiadanie Zygmunta Świętorzeckiego, opublikowane w „Łowcu Polskim” z 1958 roku.

BM / fot. Fotolia

***

Na dzikach

– Cztery karo — powiedział prezes, popra­wiając okulary na nosie.
– Pas, pas, pas…

Na walizce położonej na kolanach rozło­żono karty. Ciemna wagonowa lampka słabo oświetlała przedział. Minęliśmy Ostrów Wiel­kopolską i dojeżdżaliśmy do celu. Tego dnia mieliśmy polować w obwodzie łowieckim w Pleszewie, na dziki, lisy i zające.

– Kończcie, panowie, zaraz Taczanów. Gracze nerwowo obejrzeli się i tempo gry wzrosło.

Na peronie wionęło możnym, rześkim po­wietrzem. Za budynkiem stacyjnym czekały konie i strażnik łowiecki.
Po godzinie byliśmy w lesie. Staraliśmy się w pierwszym rzędzie brać te mioty, w których spodziewaliśmy się dzików. Trzy pierwsze zawiodły. Oprócz lisa i zajęcy nie ubito nic więcej.

Następny miot bywał zawsze obfity w dzi­ki. Obstawiliśmy gó dookoła. Za gęstym świerkiem zająłem stanowisko z moim sy­nem. Przed nami była gęsta sosnowa drągowina, w głębi zwarty młodnik świerkowy. Cienka warstwa śniegu przykrywała rachi­tyczny jagodnik. Za nami ściana kilkunasto­letniego sośniaku.

Gdy tylko rozległa się trąbka, w środku miotu odezwały się pieski. Ujadanie stawało się coraz żywsze. Niewątpliwie oszczekiwały dziki.
Na nasze przedpole wybiegła chmara łań. Jedna, druga — było ich kilkanaście. Prowa­dziła stara, niezgrabna licówka z obwisłymi uszami. Szły truchtem prawie gęsiego. W po­łowie drogi między mną i moim sąsiadem z prawej przesadziły linię.

Gon skierował się ku lewemu skrzydłu i stawał się coraz cichszy. Zaczęły padać su­che sztucerowe strzały. Jeden po drugim i znowu kilka szybkich, jakby spłoszonych.

– Ten trzeci był trafny — zauważył syn — słyszałem, jak uderzyła kula.

Nagle wprost przed nami, w świerkowym gąszczu zaszczekał Żuczek. Bolek (mój syn) trącił mnie w bok. Jednocześnie zauważyłem dużego dzika idącego krokiem na kulawy sztych, od strony świerkowego gąszczu.

Zaraz wyskoczył za nim Żuczek. Nie pod­chodził do dzika blisko, czuł respekt dla gru­bej sztuki, która na tle otoczenia wyglądała jak duża, czarna plama. Dzik szedł wołno, czasem się obejrzał za siebie, nie obawiał się małego białego pieska. Co kilkanaście kroków zatrzymywał się, a wówczas Żu­czek cofał się przezornie do tyłu.

Zwierz był już niedaleko ode mnie. Trzy­małem go na muszce śrutówki, mając tylko jedną brenekę w lufach.
Trzydzieści, dwadzieścia kroków i już bez wahania w susach runął przez szeroką linię. Spokojnie strzeliłem z odległości kilkunastu kroków.
Na strzał nie zareagował. Żuczek tylko na­brał większego animuszu i głośno oszczekując pogonił. Przez kilka chwil słyszeliśmy jego głos, który zanikał w gęstym zagajniku.
Niecierpliwie oczekiwaliśmy trąbki sygna­lizującej zakończenie pędzenia. Zanim ją usłyszeliśmy, wyszedł z gąszczu strażnik idą­cy tropem strzelanego przeze mnie dzika.

– Pan strzelał do niego?
– Tak.
– Panie, to duży odyniec. Ja go dobrze znam… Leży?
– Nie, poszedł.
– Cholera!

Doszedł tropem do linii. Zszedłem ze sta­nowiska. Na tropie leżała ścięta szczeć.

– No, nie ma co — powiedział strażnik. — Niech pan idzie tropem w zagajnik — ja o kilkanaście kroków z boku. Tylko niech pan uważa, to duży dzik i z nim żartów nie ma.
– Bolek, zostań! — rzuciłem.

Nabiłem obie lufy brenekami i wszedłem do zagajnika. Posuwanie się było ogromnie utrudnione. Nisko splątane gałęzie zmuszały do stałego nachylania. Trop dzika był dobrze widoczny. Czarna ziemia wyrwana racicami wyraźnie znaczyła się na przyprószonej śnie­giem ziemi. Farby nie było ani śladu.

Przeszedłem około 70 kroków, podrapałem twarz i ręce. Nagle w gąszczu, przed sobą, posłyszałem warczenie. Stanąłem. Pod gęstym świerkiem zobaczyłem Żuczka siedzącego na czarnej masie dzika. Warczał nieustannie szarpiąc z pasją ucho martwego już zwierza.

– Panie Ptasik, chodź pan. Leży! — krzyk­nąłem.

Nachylił się na dzikiem. Leżał na lewym boku. Żuczek nadal namiętnie obrabiał ucho odyńca. Chciałem psa pogłaskać. W ferworze zeskoczył z dzika i dla odmiany ze złością chwycił zębami za połę mojego kożuszka, po czym znowu wskoczył na dzika.

– Aha — powiedział strażnik — przyszła kryska na Matyska. Ale sztuka, no! Tyle lat wykręcał się szczęśliwie. Widzi pan tę bliznę na boku? To pamiątka po kuli inżyniera. To było cztery lata temu… Chyba ma ze sto czterdzieści, co?… No i szable ładne.

Przez kilka następnych pędzeń dzików nie było. Ubito tylko kilka lisów i kilkadziesiąt zajęcy.

Teraz mieliśmy pędzić dwa oddziały razem. Stanowiły one zwarty, nieprzebyty gąszcz świerkowy. Gdy tylko naganka ruszyła, psy zaraz dały głos. Gon przesuwał się w różnych kierunkach, a dziki nie chciały opuścić swo­jej fortecy.

W pewnym momencie gon skierował się w naszą stronę. Po chwili zauważyłem, że mój sąsiad z lewej przyłożył broń do twa­rzy. W tym momencie na linię wypadł spo­ry dzik. Pan J. strzelił ze sztucera, lecz dzik strzału nde zaznaczył. Gdy wskakiwał w ścia­nę lasu za linią, strzeliłem. Zrulował w ogniu.

Po chwili pomiędzy mną a prawym sąsia­dem sypnęły się dziki. Jeden, drugi, trzeci… Było ich chyba z dziesięć… Dr Ł. strzelił dwa razy. Ode mnie na strzał z gładkiej lufy by­ło za daleko.
Na linię wyskoczyła czarna Muszka, po­wąchała tropy i zawróciła z powrotem do miotu. Potem wyskoczył Żuczek, szybko prze­biegł przez linię i pomknął za dzikami.

– Żuczek, wróć! Ale on ani myślał słuchać.

Jeszcze kilka strzałów. Trąbka. Miot skoń­czony, Z Bolkiem ruszyliśmy do strzelonego przeze mnie dzika. W rowie przy linii leżał gruby wycinek. Nad mim pochylony pan J. Jego pierwsza kula utkwiła w prawym boku, na wysokiej komorze. Moja z lewej między okiem a uchem. Jego była śmiertelna.
Ułamałem kawałek jedliny i zatknąłem mu za kapelusz.

Zbieraliśmy się na linii. Na lewym skrzy­dle ubito jeszcze jednego wycinka. Dzień chylił się ku końcowi. W cieniu rozłożystych świerków śnieg przybierał barwę fioletu. W lesie zaczynał zapadać zimowy zmrok.
Otrąbiono koniec polowania.

Zygmunt Świętorzecki

  • ________________________

  • Warto przeczytać

    • ©Łowiec Polski 2013
    • projekt - Unia Interactive

    Facebook

    Twitter