fot. Andrzej Wierzbieniec

Adwokat łowiectwa

0
191

W swym żywiole jest i na sali sądowej, i w rosyjskiej głuszy, gdy podskakuje tokującego głuszca.

Myśliwski klub, który współtworzy w siedleckim pałacu Ogińskich, nawiązuje do tradycji międzywojennych. Nic o łowiectwie nie wie ten, kto tam nie bywał, smakowitych opowieści nie wysłuchał i nie skosztował smorodinówki z kulawki w kształcie łba odyńca.

Choć Ryszard należy do PZŁ od 1968 roku, aż do tamtej pory, czyli do jesieni roku 1986, na jelenie nie polował. Dlatego też każdą wolną chwilę przed wyjazdem na rykowisko do Puszczy Białowieskiej poświęcił na lekturę fundamentalnego dzieła Janusza Stelińskiego „Odstrzał zwierzyny płowej” (aż w końcu znał ten podręcznik na wyrywki) i naukę sztuki wabienia (za pomocą szkła od lampy naftowej). Efekt ćwiczeń – którym żona przypatrywała się z politowaniem – pozostawał jednak niepewny.

W końcu nadszedł dzień, który w prasowych relacjach określa się tradycyjnie jako „długo wyczekiwany”. Zameldowali się u łowczego Puszczy Białowieskiej Lecha Miłkowskiego – legendarnego myśliwego, który organizował polowanie na żubra dla Romana Hupałowskiego, a ze zdobytym przez siebie kapitalnym wieńcem pozował do zdjęcia samemu Włodzimierzowi Puchalskiemu. Odebrawszy odstrzały, wyruszyli do uroczyska Topiło i rozlokowali się w drewnianej chatynce, zdecydowanie na wyrost nazywanej hotelikiem myśliwskim.

Wodę czerpało się tam ze studni, a z wygódki o drzwiach z wyciętym serduszkiem otwierał się widok na śródleśną polanę, która – wedle zapewnień tubylców – stanowiła jedną z aren rykowiska. Ale rykowisko tamtego roku było nietypowe. […]

Cały tekst w majowym numerze “Łowca Polskiego”

Bartosz Marzec