fot. Shutterstock

Co za baran

0
583

Parafrazując klasyka, można rzec, że muflon to baran na skalę naszych możliwości. Przybył z południa Europy i zadomowił się w polskich łowiskach. Nie szkodzi gatunkom rodzimym, cieszy oczy, a w przypadku udanych łowów (swoją drogą niezwykle emocjonujących) również nasze podniebienia.

Było jeszcze ciemno, gdy podchodziliśmy pod górę, aby zająć miejsce na ambonie usytuowanej na przesmyku muflonów. Gdy znaleźliśmy się na miejscu, do brzasku pozostało jeszcze kilkadziesiąt minut. W sam raz, by szeptem pogawędzić o tym, skąd w środkowych Sudetach wzięły się muflony i jak wygląda gospodarka tą egzotyczną jak na nasze warunki zwierzyną.

– Muflony trafiły na te ziemie na początku XX wieku – powie­dział mój podprowadzający Wie­sław Gawron, łowczy koła „Orzeł” ze Świdnicy. – W latach 1901–1902 hrabia Seidlitz-Sandreczki sprowadził z terenów obecnej Słowacji pięć sztuk, które nakazał wypuścić w okolicach Bielawy w Górach Sowich. W górach wałbrzyskich zwierzęta te pojawiły się nieco później, bo w 1914 roku. Z sukcesem muflony introdukowano również w okolicach masywu Śnież­nika. Przed wybuchem II wojny świa­towej populacja na terenach Dolnego Śląska, należącego wówczas do Nie­miec, była na tyle liczna, że pozwalała na łowieckie użytkowanie. […]

Cały tekst w lutowym numerze “Łowca Polskiego”

Wacław Matysek

Reklama