fot. Public Domain Pictures

Duch kniei

0
33

Myśliwi powtarzają legendy o nieuchwytnych odyńcach wielkich jak szafy gdańskie. Niekiedy w tych historiach jest sporo prawdy.

Wiele razy słyszeliśmy opowieści o duchu kniei – niezwykle ostrożnym i przebiegłym odyńcu, który sobie tylko wiadomym sposobem zawsze wychodził z miotu bez najmniejszego szwanku. Choć brali go na cel najlepsi strzelcy, włos mu z chybu nie spadł! Do czasu… Przypominamy znakomite opowiadanie „Bagno Basetli” autorstwa Witolda Kalksteina-Stolińskiego.

BM

***

Bagno Basetli

To Marian nazwał tego grubego odyńca Basetlą. W ogóle Marian miał dar wynajdywania na poczekaniu najbardziej zaskakujących przezwisk dla zwierzyny. Szczególnie w nazywaniu dzików starał się być zarówno oryginalny, jak do­sadny, w ten sposób bowiem pragnął lepiej uzmysłowić kolegom rozmiary czarnego zwierza, z którym miewał bliższe czy tyl­ko przelotne spotkania. Z tych spotkań zwierz przeważnie uchodził cało, choć nie­wątpliwie bardzo przestraszony, wiec Maria­nowi nie pozostawało nic innego jak barw­ne opowieści, poparte żywą mimiką i gestykulacją.

„Mówię wam!..” — rozpoczynał zwykle i— wierząc czy nie wierząc mu, z przyjemnoś­cią i przejęciem słuchaliśmy tych opowia­dań. Który z myśliwych nie słucha chciwie przeżyć towarzyszy, by z kolei móc natych­miast pochwalić się swoimi przygodami!

Oczywiście, relacje Mariana były co nieco upiększone, ale były ciekawe, a niektóre na­wet pasjonujące. A co do przezwisk, to miał taką zasadę: każdy warchlak to u niego był szczeniak, mizerota; przelatek — prosiak; wycinek — ot, knurek (oczywiście mały, jeśli spudłowany!); okazalszy odyniec zyskiwał nazwę komody, jeszcze większy.— szafy, smoka, kabana, garbusa, i czego tam jeszcze nie wymyślił, sięgając nawet do słów niezupełnie cenzuralnych.

Ale jeśli na którymś ze zbiorowych polo­wań, wracając ze stanowiska na zbiórkę, zdyszany Marian określał widzianego bądź też strzelanego dzika — „basetlą”, był to już absolutny rekord wielkości. Wtedy by­ło wiadomo, że miał spotkanie z nie lada sztuką.

– No to może szafa? Przecież ten mebel chyba większy od basetłi? A jak chcesz coś z orkiestry, to może pianino? Fortepian? — żartowaliśmy.
– Mówię wam, że basetla. Ogromna ba­setla! Czegoś podobnego jeszcze nie widzia­łem! — I spocony, czerwony, wyrzucał z siebie szczegółową relację.

Ileż to żartów, przycinków, dowcipów sy­pało się nieraz na głowę biednego Mariana!

I może bylibyśmy traktowali to wszystko jako wykwit jego fantazji – ot przegapił większego wycinka, który mu urósł do roz­miarów ulubionej „basetli” — ale znaleźli się sprzymierzeńcy:

– A ,wiecie, że to mogło być —prawił Tadeusz — bo ja, jak zachodziłem, a przecież stałem za Marianem, widziałem dość świeże tropy na drodze. Rzeczywiście musiała tam­tędy przechodzić ogromna sztuka.
– A ja… a ja… — zacinał się ochrypłym basem leśniczy Kątek — ja go tu parę ra­zy widziałem. O… o… ostrożna jucha! Tylko a… a… aby z daleka. Ttto będzie ten sam, bardzo ddduży.

A więc powstała legenda o basetli, a z nią marzenia o spotkaniu z tym odyńcem. Marzenia, które pod koniec każdego tygod­nia odżywały w zapalonych głowach myśli­wych, a przed każdym miotem, przy każdym głoszeniu psów budziły emocjonującą nadzie­ję: „A może to właśnie Basetla?”.

Był już koniec sezonu i sprawa Basetli przycichła. Do ostatniego polowania nikt tęgo dzika nie widział. A może w ogóle takiej sztuki niebyło albo wyniosła się do innych obwodów?

Nie mówiono o niej aż do początku czerw­ca, kiedy to amatorzy polowania na roga­cze ruszyli na odstrzał selektów, a przy okazji i dzików. I właśnie nie kto inny, tyl­ko Marian spotkał się nos w nos (a raczej nos w tabakierę!) z Basetlą. Zaklinał się, że to był właśnie ów legendarny odyniec.

– Mówię wam — opowiadał — strzeliłem przed samym wieczorem koziołka (szydlarz na trzy „zielone”!). Wypatroszyłem, wypali­łem ze trzy giewonty… No i cóż, trzeba go zatachać na leśniczówkę, do Kątka. Już dobrze szaro, a mgiełka zaciąga od łąk. Roz­ładowałem dryling, kozła na plecy i posu­wam. A to, wiecie, od tej łączki, co pod Grabnicą, do Kątka ze dwa kilometry, a ko­zioł swoją wagę ma. Doszedłem do skraju młodnika, tam gdzie tablica, oparłem się o słup i odpoczywam. A tam droga wzdłuż zagajnika zbiega trochę w dół. Postałem tak z pięć minut i naraz słyszę, że po drodze jakby ktoś cicho stąpał. Myślę: „Kto to może być? Ktoś z naszych? A może kto kłusuje?”. Czekam, że zaraz się wychyli zza świerków… I mówię wam… wysuwa się taka czarna ściana! No ile? Pięć kroków przede mną! Stoję jak pień, tylko słyszę: „Łup, łup, łup”

serce mi wali. Myślę sobie… ale co ja tam myślałem! Zgłupiałem i już. A ten stanął. Kto? No, dzik! Basetla! Pociągnął tabakierą i jak nie chluśnie w zagajnik! „Du, du, du” tylko zadudniło, zaszumiało po gałęziach i — tylem go widział. Dwa wieczory, dwa ranki pilnowałem przy kukurydzy — i nic.

Niech mu będzie Basetla. Mało to dzików większego kalibru chroni się po ostępach, chaszczach, moczarach, trzcinach czy nawet w na pozór niewinnych podrostach bukowe­go starodrzewu! Mają swoje ulubione, nie­dostępne kryjówki, do których trudno dojść, gdzie nawet pies nie kwapi się zapuszczać w labirynt szuwarów, chaszczy i trzcin. Są ostrożne. Zdawałoby się, że każde ich posunięcie, każdy krok jest wyliczony, przewidziany, podyktowany instynktem i doświadczeniem. Trzeba kluczyć, trzeba wybierać mało uczęszczane przesmyki, gdzie nie pozostają ślady. Ach, te zdradliwe, miękkie piaszczyste lub błotniste dróż­ki, na których obrys racic po same rapcie zdradza przesmyki zwierzyny i pozwala określić porę przejścia! Albo świeżo spadły śnieg! Jakże trudno wtedy dzikom zachować niezbędną ostrożność.

Basetla — jeśli w ogóle istniał ten ody­niec— musiała chyba być najostrożniejszym dzikiem wśród ostrożnych. Taki samotnik wybierał sobie przejścia przez dróżki w miejscach najwęższych, gdzie jednym susem mógł przesadzić odległość z zagaju do za­gaju. A w miękkim mchu, igliwiu czy na liściach tropy się szybko zacierały. A gdy ruszał z legowiska przy śnieżnej okrywie, robił to wtedy, gdy padał gęsty śnieg i natychmiast zasypywał wszelkie ślady. W taki czas również wracał z żerowiska do ostoi.

I zgadnij tu, gdzie ten chytrus przebywa, gdzie jego stałe legowisko? A może wciąż je zmienia i korzysta z przygodnych kryjówek? Gdzie wychodzi ha żer? Czy przypadkiem nie zalega w podszytach świerkowych?

Właśnie w takich miotach podczas naszych zbiorowych łowów, gdy znów rozpoczął się sezon, pokazywał się duży dzik. Basetla — nie Basetla? Strzelano do niego — zawsze bezskutecznie, zawsze w warunkach szczególnie nieprzychylnych. (Tak się je określało: nieprzychylne.) Już teraz wszyscy w naszym kole — jeśli nie strzelali do niego, to przynamniej widzieli, jak gdzieś podczas pędzenia mignął między zaroślami lub sadził przez łąkę czy zrąb, zawsze w bezpiecznej odległoś­ci od sztucerów. Jeśli strzelali nawet w „najprzychylniejszych” warunkach, to się okazywało, że dzik miał więcej szczęścia: trafiał na patałachów. Jeden fatalnie zdołował, drugi okropnie zgórował, inny znów miał niewypał albo jakiś gapa nie załadował flinty itp.

Mnie się nigdy nie zdarzyło choćby z da­leka zobaczyć Basetlę, dla mnie wciąż nie był to realny, gruby dzik lecz zwierz z legendy. A Marian? Ten już zdążył uzyskać rekord spotkań zarówno bezstrzałowych, jak i bezskutecznych strzelań do Basetli.

Z tych krańcowo różnych powodów my dwaj zawzięliśmy się na Basetlę. Jeśli bo­wiem nie należała się temu, który najczęściej ją spotykał, no to może temu, który jej na oczy nie widział!

Takie to żartobliwe rozmówki toczyliśmy w gronie kolegów — czy to między miotami, czy w powrotnej drodze z polowań, czy też na naszych czwartkowych zebraniach. A iluż jeszcze prócz nas było w Kole pretendentów do oręża Basetli?! Ho, ho!

Różnie wróżono. Jedni stanowczo twierdzi­li, że tylko ze sztucerem można tu coś zdzia­łać —i jeśli kto, to tylko oni. Niech tylko wyj­dzie! W tej grupie samych Józiów aż trzech ostrzyło sobie zęby na Basetlę, a każdy z nich — nie można powiedzieć — mógł się pochlu­bić niejednym pięknym strzałem w swej myśliwskiej karierze. Kazio zaś utrzymywał, że wreszcie jakiś patałach położy odyńca, i to breneką z jakiejś mizernej flinty, bo to naj­częściej tak bywa.

– Dodaj, Kaziu, że siebie też włączasz do tej grupy! — przygadał złośliwie któryś z kolegów.

Późną jesienią, po kilku zbiorowych polo­waniach, można było mniej więcej określić pewien kompleks miotów, prawie wyłącznie bagnistych, gdzie najprawdopodobniej miała swoją ostoję nasza Basetlą. Ale w którym?

To tajemnicze królestwo czarnego zwierza rozciągało się na kilkuset hektarach w kształ­cie ogromnej elipsy. Wokół niej, na suchych wzniesieniach, ciągnęły się zagaje świerczyny tak zwartej, że pies ledwie się tam mógł przedrzeć. Zbocza tej niecki porastał buko­wy starodrzew — rosły tu potężne, rosocha­te buki rozciągające w górze fantastycznie splątaną sieć konarów i gałęzi. Tu też pod­rosty świerczyny, krzaki maliniaków, kłębo­wiska jeżyn i kępy paproci bujnie porasta­ły teren, poprzecinane ścieżynkami wydep­tanymi przez zwierza. Na dnie niecki ciągnę­ły się oczka przepastnych bagien.

Ile tam było tych bagien, tego nie wiedział dokładnie ani sam leśniczy Kątek, ani „dwa .Mariany” (bo dwóch ich mieliśmy w kole), ani łowczy, choć cała ta czwórka mniemała się być obeznaną z terenem jak z własnymi kieszenia­mi. Był koniec grudnia, ostatnia niedziela przed świętami. Wracaliśmy wieczorem z polowa­nia i wtedy właśnie padła propozycja, że moglibyśmy jeszcze we wtorek zorganizo­wać polowanie na dziki. Ten i ów mógłby się jakoś wyrwać, a w planie i tak mieliś­my jeszcze pokaźną liczbę dzików do od­strzału.

Kto był inicjatorem pomysłu? Oczywiś­cie Marian. Do poniedziałku wieczora zna­lazł nas tylko ośmiu chętnych i dysponu­jących czasem w powszedni dzień. To była grupka myśliwych, z którą można było sprawnie i szybko prowadzić polowanie.

W poniedziałek przed wieczorem zaczął padać obfity, mokry śnieg. Marian zadzwo­nił do mnie:

– Widzisz, co się dzieje? Ale będziemy mieli polowanie!
– Widzę. Szczególnie, gdy jutro też bę­dzie padać. Będziemy oblepieni jak bałwa­ny śniegowe — wolałem nie cieszyć się przedwcześnie.
– Spokojna głowa, Mietek. Zobaczysz! Śpij dobrze, a o piątej podjedziemy po cie­bie. Czekaj!

Rzeczywiście, gdy o piątej Marian pod­jechał swoją warszawą było biało i cicho na świecie. Miasto spało. Śnieg już prze­stał padać, dzień zapowiadał się pogodny. Zabraliśmy Genka i trójkę jego zajadłych dzikarzy, druga warszawa pozbierała resztę kolegów. Przed leśniczówką Kątka stanęliś­my koło siódmej.

Pan Stasio, zawsze pierwszy do polowa­nia, już nas oczekiwał ze swoimi kundelka­mi, zaprawionymi w licznych spotkaniach z czarnym zwierzem.

Właściwie to nie mieliśmy konkretnego planu, co będziemy brać, więc zasiedliśmy na chwilę, aby się naradzić i ustalić plan działania.

– Trz… trz… trzciny — zacinając się proponował Kątek.

Jeden i drugi Marian bronili znów swoich projektów, że zagajniki, że żarnowce, że może te młodniki na Bogaczach, a może na Kępie?

– Trzciny! — powtórzył, teraz już bez zająknienia, leśniczy.

Trzciny — to trzciny, pan Staś wie, co robi. Trzeba teraz dojechać jeszcze cztery kilometry szosą, a tam zorientujemy się, co dalej.

Auta sunęły miękko wśród ciszy ośnieżo­nego lasu. Wjechaliśmy między świerkowe młodniki, zbite gęstą zieloną masą po obu stronach szosy. Pierwsza warszawa dość gwałtownie zahamowała i stanęła na skraju drogi, my tuż za nią. Wychodzimy oglądać, to, co już ekipa pierwszego wozu pilnie śle­dzi, schylona nad drogą. Przez, szosę, rów i skarpę, i dalej — ginąc w świerczynie, prowadziły świeżutkie tropy chyba dwuna­stu dzików, łatwe do odczytania na niepo­kalanej ponowie. Przeważnie przelatki, jedna sztuka większa, chyba locha.

I znów walna narada na szosie. Tutaj Marian rozsądnie dowodził, że trzeba by zbadać, czy jest trop wyjściowy z zagaju, bo może wataha powędrowała dalej. Jeśli jej tu nie ma i psy pójdą dalej po tropie — możemy sobie zepsuć polowanie.

Zgodziliśmy się w zupełności z jego wy­wodami i dwóch Marianów poszło rozpo­znać sytuację. Po upływie pół godziny mie­liśmy dokładne informacje. Marian dobrze przewidywał, wataha na ukos przecięła młodnik świerkowy — i dalej już trop pro­wadził przez bukowy las, więc chyba do­brnęła do któregoś z bagiennych „oczek”.

– Teraz my sobie podjedziemy samocho­dami jeszcze z pół kilometra — wykładał dalszy plan —a potem, znów po tropach, ustalimy, gdzie te warchlaczki zaległy.

I po paru minutach, pozostawiwszy nas na drodze, tropiciele weszli w bukowy las. W rozległym polu widzenia postacie na­szych zwiadowców stopniowo malały, nik­nęły za wzniesieniami, aby po chwili znów zamajaczyć jak śmieszne małe figurki mię­dzy strzelistymi bukami. Wrócili po dobrej godzinie. Marian już z daleka gestami da­wał znać, że wszystko jest „na medal”.

– Mówię wam… — ledwie dyszał — szliśmy po tropach jak po sznurku. Ale po­ciągnęły! Aż do czwartego oczka. Cała wa­taha wlazła w bagno. Okrążyliśmy dokolusienko całą nieckę i nie ma wyjściowych tropów. Obcięte. Mamy je „na mur”, tylko… tylko ja nie wiem, jak tam będzie można wejść. Tam wszędzie woda, trzciny, olchy…

Trzeba chyba pływać. I gdzie one się tam zahaczyły?

No cóż, trzeba próbować. I znów szybka narada. Przede wszystkim podjedziemy bli­żej samochodami, od drugiej strony, rozsta­wimy się dookoła bagna, a Stasio i Genek będą usiłowali, każdy z innej strony, prze­dzierać się z pieskami ku środkowi tej ba­giennej niecki.

– Popływacie sobie… Uważajcie, nie po­topcie się! Wysoko trzymać broń! I amuni­cję! A jakby co, wołajcie ratunku — dawa­liśmy takie i podobne żartobliwe rady.

– S… s… spokojna głowa! — wypalił Stasio.

Samochody wcisnęliśmy w wąską drożynę o pół kilometra od miotu, pociągnęliśmy numerki i w największej ciszy rozeszliśmy się na stanowiska. Genek i Stasio poszli zająć swoje wypadowe punkty i oczekiwać tam sygnału.

Szliśmy po krawędzi zbocza, w odległości około stu metrów od bagna. Zajmując sta­nowisko każdy miał cichutko zejść po zbo­czu w dół i ulokować się bliżej bagna.

Wypadło mi piąte stanowisko. Zbocze spadało początkowo dość stromo, a w dole łagodnie zniżało się ku bagnu. Na tej właśnie przedbagiennej płaszczyźnie rosły z rzadka stare, rozłożyste buki, parę wiel­kich dębów, a między nimi gdzieniegdzie małe świerczku. Wszędzie doskonałe pole obstrzału. Tuż nad samym brzegiem bagna wyrastały, okalając je pasmem, niezbyt stare, podkrzesane od dołu świerki.

Zeszedłem cichutko pod ten okap świer­ków aby rozejrzeć się w sytuacji. Ogląda­łem to tajemnicze bagno, na którym zna­lazła schronienie nasza wataha. Stanąłem, zdumiony, na brzegu. Takiego „miotu” jesz­cze nie widziałem. Ten cały zwiad naszych kolegów, to chyba jakieś grubsze nieporozu­mienie?!

Przede mną szara woda, brudna, zimna, usiana kępami torfowiska. Z ponurych od­mętów sterczą czarne bryły, w które kur­czowo wczepiły się korzeniami oślizgłe ol­chy. Skręcone w dziwaczne kształty ko­rzenie kurczowo obejmują kawałek gruntu, ostatnią deskę ratunku przed zagładą. Mi­zerne drzewka jakby staczały cichą, roz­paczliwą walkę o życie, o własną kępkę, którą woda nieubłaganie wydziera im spo­między korzeni. Zbutwiałe kikuty pni świadczyły ile już w tej walce poległo ol­szyny. Między olchami rosną rzadko cieniut­kie trzciny, wybujałe nad miarę w dążeniu do światła. I to już wszystko, co można zobaczyć. I gdzie tu miejsce dla zwierzyny?

Wróciłem na swoje stanowisko, pod wiel­ki buk, bez cienia przekonania, ale dla po­rządku załadowałem dryling, oparłem go o pień i oddałem się rozmyślaniom. Z tym miotem to typowy „niewypał”. Coś im się te tropy pokręciły. No, ale jak się to skończy na niczym, to dopiero będzie ubaw. Użyjemy sobie na tropicielach!

Z tych rozmyślań wyrwał mnie głośny (bo już nie było potrzeby się maskować) dialog Genka i Stasia.

– Jesteś już, Genek? — krzyczał gdzieś na prawo ode minie Stasio.
– Jestem! No, wchodzimy! — gdzieś na­przeciw odkrzyknął Genek.
– Wchodzimy!

„Wchodźcie, wchodźcie! — myślałem — ładnie będziecie chodzić!” Prawie jedno­cześnie z dwóch stron bagna usłyszałem charakterystyczny chlupot brodzenia i za­raz potem wykrzykującego Genka:

– O, cholera! Alem wpadł! Stasiu?! Idziesz?!
– Iiiii… dę! A… a… ale tu głęboko! — a następnie: — Cygan, bierz go! Mua, Mua, bierz go!

Owo „Mua” to miała być Mucha, dosko­nały dzikarz. Pan Stasio wolał skrócić jej imię, aby się nie zacinać.

W odpowiedzi Genek podszczuwał swoje pieski:

– Kajtek! Bartek! Szukaj… Bierz!

Słychać było, jak wierne psiny raz po raz chlupały w wodę, skacząc zapewne z kępy na kępę, od olchy do olchy. Chlupotali też Genek i Stasio przerzucając z jednej strony bagna na drugą soczyste „wiązanki” okrzy­ków przy głębszych „wpadunkach”. W ten sposób dodawali sobie animuszu znacząc jednocześnie linię swego posuwania się w „miocie”. A i nam było weselej. Jak by nie było, coś się tam przecież dzieje!

Już pewnie z dwadzieścia minut trwał ten duet: „Cyganek, bierz go! Kajtek, szu­kaj! Cholera, już po pas!” — „Ja ttt… też!”

Dawno się tak nie bawiłem. „A co to będzie — myślałem — jak oni wkrótce spotkają się na środku bagna i zaczną głośno rozważać, gdzie u licha…”.

I w tym samym momencie nie dalej niż sto metrów, na wprost mnie, w bagnie szczeknął basowo Bartek. Szybko chwyci­łem dryling. Wzrok omiata prześwity pod okapem świerków. Chwila ciszy.

– Bartek coś tam ma! — krzyczy Genek. — Bartek, bierz go!

„Hau!” :—odzywa się bas Bartka. I znów po paru sekundach: „Hau!”. I tak miaro­wo, na jednym miejscu Bartek skanduje swoje beznamiętne „Hau!”.

Czekam w napięciu, przyklejony plecami do ogromnego buka, oczy rozbiegane, a w głowie kłębowisko myśli: „Co to jest, co też Bartek przydybał w bagnie?”. Czuję, że z emocji serce mi wali, ręce drżą ściskając kurczowo dryling, nogi jak z waty.

Ee, do licha! Tak to na nic. Cóż to będą za strzały gdy coś… Tylko spokojnie, prze­cież jeszcze nic się nie dzieje! I może w ogóle nic się nie będzie działo. Już chyba upłynęło parę minut. Bartek po raz nie wiadomo który szczeknął — ileż razy jesz­cze tak może? Tak regularnie i spokojnie. A w ogóle na co szczeka? Dochodzę nagle do wniosku, że mam wiele czasu do rozmy­ślania i rozpatrywania sytuacji w spokoju ducha. A więc odstawiam dryling i dajmy rękom odpocząć. Staję się dziwnie spokojny i opanowany.

Więc co to może być? Wnioskuję metodą eliminacji: Zając — nie. Lis? — nie. Kuna? – nie. Sarna? — nie. A może jeleń? A po cóż by miał się zaszywać w wodnym ostępie! Pozostały tylko dziki… Ręka wyciąga się ku broni. Nie, spokojnie — mam jeszcze czas. Inne, mniejsze psy widać nie mogą przyjść Bartkowi z pomocą, jeśli je ruszy sam, to i tak nie jest powiedziane, że wyjdą na mnie. Przy moim szczęściu… A jeśli nawet

to w wodzie będzie taki chlupot… Na wszystko mam czas. Jeśli dziki, to pewnie ta obcięta wataha — locha, mocne warchla­ki, przelatki.. Ale co z nimi? Stoją tam w wodzie czy pływają? Chyba, że tam, wśród bagna, jest jakiś skrawek gruntu, może wysepka, o której czarny zwierz wie dobrze i szuka tam schronienia, niby w warowni otoczonej fosą. Tu mam wszędzie strzał na bliski dystans, a więc najpierw dwie brene­ki, chyba że jakaś większa sztuka — to kula z gwintowanej lufy.

A Bartek nie chybia ani o sekundę ze swoim miarowym „Hau”. Genek i Stasio ledwie się posuwają. Już nie licytują się, który jak głęboko chlupnął, tylko sypią do­mysłami i podają sobie kierunek. Każdy z nich, jak wnioskuję na słuch, ma jeszcze z setkę kroków do celu Bartkowych ujadań.

– Dalej nie da rady! — wykrzykuje Ge­nek.
– I u- uuu mnie też — skanduje Sta­sio.
– No to wystrzel, może ruszą.

I Stasio wystrzelił. Wielkie nieba, co się stało w tym momencie! Chlupot taki, jakby tabun koni w pełnym galopie wpadł w płytkie jezioro, jakby śluzy otwarto w mły­nie.

Podrzucam broń do oka — i już spod okapu świerków galopują na wprost falangą czarne sylwetki przelatków. Ten zboczył… Strzał! Dziczek wali się przez łeb. Drugi… Strzał! Dziczek zawija zadem, biegnie parę kroków i siada. Przesuwam na kulę. Jesz­cze tego trzeciego… Nie — zniknął za świer­kiem.

I nagle spod okapu wytacza się ogromna, czarnosiwa masa i sunie ciężkim, krótkim galopem, jakby ledwie mogła unieść własny ciężar. Komora. Strzał.. l zwalisty zwierz runął w poślizgu na bok — martwy i nie­ruchomy.

Łamię broń, ładuję, bo psy wypadły i tar­moszą drugiego przelatka, strzelonego w kręgosłup. Podbiegam i bliskim strzałem kończę jego męczarnię. Psy pognały dalej po tropach, gdzieś jeszcze padają strzały i nagle zalega śmiertelna cisza. Nic się nie dzieje. Spokój — jak gdyby nic nie zaszło.

Odstawiam broń, ręce mi drżą. Ledwie mogę wyciągnąć papierosa, zapałki sypią się na śnieg. Wolno, na nieswoich nogach podchodzę do martwego olbrzyma. Potężny przód, duży, wydłużony gwizd, a na tle siwej szczeciny odcina się żółtawa, długa i szeroka szabla.

„Co za odyniec! I tryplet!” — krzyczy coś we mnie, bo ja sam nie mam sił. Stoję jak urzeczony, jestem oszołomiony, nie wiem prawie, gdzie jestem.

– Basetla… — słyszę za sobą donośny szept.

Spoza mnie wychodzi Marian, ciężko dyszy, pochyla się nad martwym odyńcem i dłu­go wpatruje się w tę czarną bryłę.

– Moja Basetla — wzdycha ciężko. Prostuje się nagle, podbiega i zaczyna ści­skać mnie serdecznie. — Żeby to nie ty, żeby kto inny… Ech, Mietek, chcesz — wierz, chcesz — nie wierz, ale mówię ci: tak się cieszę, jak chyba ty sam!

Witold Kalkstein – Stoliński / fot. Public Domain Pictures