fot. Andrzej Wierzbieniec

Elektryczny „Ryś”

0
557

Zazwyczaj czterokołowce, które spotykamy lub użytkujemy w naszych łowiskach, to bar­dzo głośne pojazdy. Dlatego z wiel­kim zainteresowaniem testowaliśmy razem z pułkownikiem Krzysztofem Przepiórką elektrycznego „Rysia”. To naprawdę niesamowity czteroko­łowy pojazd elektryczny z napędem na wszystkie koła. Urządzenie zostało skonstruowane głównie z myślą o wojsku i służbach mundurowych, które poruszają się w trudnym terenie.

Testowany przez nas pojazd był wyposażony w przyczepę z napę­dem elektrycznym, na którym można przewozić ładunek o wadze do 250 kg. Wielu myśliwy na widok takiego wehikułu już widzi – oczyma wyobraźni – jak łatwo będzie roz­wieźć sól do lizawek i transportować ubitą zwierzynę.

To bez wątpienia przyszłościowe, ekologiczne i całkowicie nowe podej­ście do pojazdów terenowych. Nie przypomina niczego, co kiedykolwiek wcześniej widziałem!

Izraelski producent opracował bez wątpienia terenowy pojazd, aby bardzo cicho dojechać do miejsc, gdzie wcześniej mogliśmy dojść tylko pieszo. Dzięki bardzo wąskiej kon­strukcji tradycyjne quady nie mają z nim szans. EZRaider „Ryś” jest w stanie wszędzie wjechać i ominąć każdą przeszkodę. Zaprezentowany nam pojazd ATV to bardzo nowator­ski projekt, w którym kierowca stoi i pochylając swoje ciało – podobnie jak na nartach lub skuterze wod­nym – surfuje po bezdrożach. Trudno w to uwierzyć, ale „Rysia” można złożyć i schować w bagażniku kombi!

Terenowa „hulajnoga” może spokojnie przewozić dwie osoby, a na jednym ładowaniu ma zasięg aż do 70 kilometrów. Dodatkowo osiąga zawrotną prędkość do 50 km/h i ma niesamowite przyspieszenie. Nie spodziewajcie się jednak, że taką prędkość można osiągnąć na nierów­nym terenie, ponieważ może to ozna­czać trwałe kalectwo.

Potężna moc, wydajność i cicha praca to wielkie atuty i pewnie nikogo nie zdziwię, że pojazd znaj­duje coraz większe uznanie zarówno wśród osób, które szukają wiel­kiej przygody na łonie natury, jak i żołnierzy (w tym amerykańskich). Niestety na koniec zostawiłem sobie najciekawszą informację, czyli cenę. I tu kończy się nasza bajka – to „tylko” 80 tysięcy!

Andrzej Chojnowski / fot. Andrzej Wierzbieniec

Reklama