fot. Kristofer Hansson

Jawa i sen

0
455

Najbarwniejsze łowieckie opowieści dotyczą polowań, których szczęśliwy finał poprzedziły trudy i poświęcenia. Zdarzają się jednak i takie sytuacje, kiedy święty Hubert darzy, a myśliwy żadnym sposobem nie jest w stanie odpowiedzieć sobie na pytanie, czym na taką hojność zasłużył.

Moją pierwszą zdoby­czą był lis, strzelony z dubeltówki po bli­sko półgodzinnym podchodzie. Od czasu, gdy rozpoczą­łem łowiecką przygodę, minęło 17 lat i mogę zaryzykować twierdzenie, że pewne rzeczy już się raczej nie zmienią. Gdybym miał do wyboru polowanie po białej stopie, z wabi­kiem na mykitę, albo zasiadkę w sierpniową księżycową noc, przy ściernisku, na którym ucztują dziki, nie wahałbym się ani chwili…

Nie marzyłem o zdobyciu upraw­nień selekcjonerskich. Zdałem ten egzamin przede wszystkim dlatego, że traktowałem go jako kolejny etap zdobywania wiedzy w dziedzinie łowiectwa. Najlepiej świadczy o tym fakt, że po raz pierwszy na polowanie na rogacza wybrałem się rok później, a i to za sprawą mojego przyjaciela Tomka Przybyłowicza, który w rewi­rze o wdzięcznej nazwie Psia Baba wynalazł dla mnie pewnego szydla­rza. Może niezbyt imponującego, ale wiekowego. A gdy już wyprawiłem go „na zielone łąki”, okazało się, że …(…)

Cały tekst w majowym numerze “Łowca Polskiego”

Bartosz Krąkowski

Reklama