fot. Andrzej Wierzbieniec

Koziołek ministra

0
131

Jesteśmy oburzeni wypowiedzią ministra Jurgiela o „rozwiązaniu” PZŁ. Stwierdzenie być może miało uspokoić rozwścieczonych rolników, ale nie rozwiąże problemu afrykańskiego pomoru świń.

W sierpniu mogliśmy oglądać kolejną odsłonę walki z afrykańskim pomorem świń. Pierwszy przypadek tej choroby oficjalnie potwierdzono w lutym 2014 roku. Wirusa wykryto w znalezionej tuszy martwego dzika. Mieliśmy więc dużo czasu, żeby przygotować się na skutki zarazy, która przyszła do nas ze wschodu. Niestety, przyglądając się reakcji urzędników, mam wrażenie, że głównie zabrakło odwagi we wprowadzaniu restrykcji nie dla myśliwych – bo one są – ale dla rolników.

Pierwszy przypadek wykrycia choroby był szeroko komentowany, ale kolejne miesiące mijały i sprawa pomoru w mediach ucichła. Myśliwi polujący w strefach ochronnych badali wszystkie dziki i co jakiś czas stwierdzano kolejne przypadki, które nie robiły już większego wrażenia – ani na mediach, ani na rolnikach.

Prawdziwa panika pojawiła się w sierpniu, w momencie, kiedy lawinowo zaczęły pojawić się nowe ogniska choroby w przydomowych hodowlach trzody chlewnej. Mamy ich dzisiaj już 19 i co parę dni dowiadujemy się o kolejnej zakażonej chlewni. Prawdopodobnym powodem tych kilkunastu ognisk był nielegalny obrót trzodą chlewną. Blady strach padł na wszystkich producentów świń, szczególnie po informacji, że tusze nie są utylizowane w zapowietrzonej strefie, tylko wywozi się je w tym celu w głąb kraju.

Na ministra rolnictwa i podległe mu służby posypały się gromy, i to ze wszystkich stron. Przeglądając wypowiedzi ministra Jurgiela, mam wrażenie, że traci on kontakt z rzeczywistością i próbuje w pośpiechu znaleźć tzw. kozła ofiarnego. Pod ręką znaleźli się myśliwi.

Nieprzemyślane wypowiedzi, jakie usłyszeliśmy, mają chyba uspokoić rozwścieczonych rolników. Myśliwi jednak są oburzeni, słysząc, że minister Jurgiel „rozwiązuje” Polski Związek Łowiecki. Powodem takiej decyzji ma być brak współpracy z resortem, czyli niewykonywanie odstrzałów redukcyjnych, które wprowadził swoim rozporządzeniem w lutym tego roku. Minister twierdzi, że nakazał odstrzał 40 tys. dzików. Nie przypominam sobie takiego aktu prawnego, więc szukam go w sieci. Znajduję ten, który już czytałem, ale w nim jest tylko jedna liczba i odnosi się do zagęszczenia dzików na terenach zagrożonych pomorem. Minister Jurgiel chyba jest już tak zapracowany, że przestał czytać swoje rozporządzenia, albo nie pamięta, co podpisuje. Jedno i drugie nie wróży dobrze.

Odstrzał tych 40 tys. dzików, który kołacze się w głowie ministra, na pewno nie odnosi się do planu odstrzału sanitarnego przeprowadzanego w tym sezonie w strefach zagrożonych ASF. Tam, zgodnie z podpisanymi umowami, koła łowieckie mają odstrzelić 7600 dzików i już wykonały ten plan w 56 procentach! W najbardziej newralgicznym obszarze województwa podlaskiego doprowadziliśmy już do zalecanego zagęszczenia 0,5 dzika na 100 hektarów. Czas mamy do końca grudnia, a wiadomo, że dopiero po zbiorach upraw rolnych będzie możliwe zintensyfikowanie polowań. Trudno zatem logicznie wytłumaczyć powód wygrażania myśliwym. Tym bardziej że minister Jurgiel osobiście utrzymał w tym rejonie zakaz polowań zbiorowych, które, jak wiadomo, znacząco podniosłyby efektywność łowów.

Myśliwi od samego początku współpracują i wykonują wszystkie polecenia, jakie dostajemy od ministra środowiska, ministra rolnictwa oraz od służb weterynaryjnych. Problem jak zwykle leży gdzie indziej. Wszyscy mają świadomość, że już dawno należało zlikwidować chów trzody chlewnej w gospodarstwach nieprzestrzegających zasad bioasekuracji, zakazać handlu obwoźnego i zmniejszać populację dzików. Ten ostatni punkt nie był możliwy do zrealizowania ani w tydzień, ani w miesiąc. Wprawdzie koła łowieckie w ciągu dwóch lat przeprowadziły redukcję, nie mogą jednak patrolować targowisk z dubeltówkami i zatrzymywać ciężarówek – to minister musi wprowadzić restrykcyjne przepisy, które uderzą w rolników. Niestety, jak na razie woli wygrażać myśliwym.

Paweł Gdula, redaktor naczelny