rys. M.Nowakowski

Lek

0
236

Jeszcze tylko kilka godzin. Wystarczy przetrwać tradycyjną domową awanturę, zabrać psa i spakowawszy broń, lornetkę oraz kurtkę, szybko wyjechać z miasta. Znacie to? Oczywiście, że tak. A więc posłuchajcie…

To nie był dobry tydzień. Szef od poniedziałku chodził wkurzony, plan leżał, a część zespołu naj­zwyczajniej w świecie się ulotniła. Kolega wziął urlop na żądanie, kole­żanka planowy, a reszta czmychnęła na zwolnienia – mniej lub bar­dziej prawdziwe. Marek został sam na placu boju, jeśli nie liczyć stażysty, którego rozeznanie w firmie ograni­czało się do poznania trasy do sekre­tariatu i pokoju socjalnego. Resztką sił zmobilizował się, żeby zamknąć projekt i przedstawić go w piątek klientowi. Ten widocznie też miał wszystkiego dosyć, bo przyklepał, nie zauważając nawet rzucających się w oczy niedociągnięć. Marek podpisy­wał dokumenty, ale myślami był już w łowisku.

Jeszcze tylko kilka godzin. Wystar­czyło przetrwać tradycyjną domową awanturę, zabrać psa i szybko wyje­chać z miasta. Zważywszy, że był to początek weekendu, cała procedura mogła się przeciągnąć do późnych godzin wieczornych, bo lada chwila stada warszawiaków będą korkować drogi wyjazdowe. W stolicy zostaną tylko turyści i ci, którzy wyjechać nie mogą. Po powrocie do domu zasko­czyła go przypięta do lodówki kartka od żony: „Jestem u koleżanki, obiad w lodówce”. Pod spodem Marek dopisał: „Jadę na polowanie, kocham, pa”. Obiad odpuścił. Między dwie kromki chleba wsunął zimny kotlet, całość zawinął w papier i włożył do skórzanej torby obok butelki z wodą i paczki amunicji. Broń, pies, lornetka, kurtka. I kluczyki.

Cierpliwie manewrował autem, zmieniając kolejno pasy. Zjazd na drogę podrzędną powitał radosnym okrzykiem. Z każdym kilome­trem zacierały się i blakły problemy ostatnich dni, a kiedy podjechał …[…]

Cały tekst we październikowym numerze “Łowca Polskiego”

Katarzyna Lewańska-Tukaj

Reklama