fot. commons.wikimedia.org (Hans Hillewaert)

Myśliwi dla niepodległej

0
48

Wśród tych, którzy za ojczyznę przelewali krew na frontach obu wojen światowych, byli także polscy myśliwi. Pamiętajmy o nich w dniu Święta Niepodległości.

Przypominamy znakomite opowiadanie „Taki zwykły szarak”, wyróżnione przed laty w naszym redakcyjnym konkursie. Jego autor, Leopold Pac Pomarnacki (1907 – 1992), był przed wojną łowczym w Dyrekcji Lasów Państwowych w Radomiu. Po 1939 roku został zesłany do kopalni Workuty, następnie wstąpił do II Korpusu Armii Polskiej, z którym walczył pod Monte Cassino, Anconą i Bolonią. Był współpracownikiem „Łowca Polskiego” i autorem wielu wspaniałych opowiadań o tematyce myśliwsko – przyrodniczej.

***

Taki zwykły szarak

Leopold Pac Pomarnacki Świeża wiosenna zieleń z trudnością wciskała się w rozpadliny i szczeliny skał, atakowała naj­mniejsze warstewki ziemi napowierzchni wysta­jących głazów lub wśród rumowisk kamieni. Niżej, na zboczach gór, rósł dawniej rzadki, liściasty las. Teraz sterczały tu tylko ułamane, rozdarte na częś­ci kikuty drzew, potrzaskanych pociskami arty­leryjskimi, zwęglone pnie i konary, skrywające zwłoki żołnierzy w różnorakich mundurach, o róż­nych kolorach skóry, starych i młodych. Przyszliśmy tam po oddziałach nowo­zelandzkich, do tych samych wnęk i bunk­rów w skałach, które przedtem zajmowali Francuzi. Zajęliśmy wygodniejsze doliny do usta­wienia dział i urządzenia baz zaopatrzenia, uzu­pełnianych bezustannymi nocnymi karawanami samochodów, dowożącymi amunicję, żywność i paliwo. Stąd już tylko poczciwe, długouche mu­ły przenosiły to wszystko ścieżkami górskimi do stanowisk piechoty na jej pozycjach bojowych pod szczytami, nieraz tylko o sto metrów od bunk­rów niemieckich.

Ta przerażająca strefa śmierci rozciągała się wokół doliny Aquafondata, pod wzgórzem klasztornym Monte Cassino, pod Piedimonte i innymi szczytami, zagradzającymi drogę do Rzymu. Lecz nawet i tutaj zazieleniły się drobne, ocalałe krze­wy, pokazały się na dobrze nasłonecznionych sto­kach makaty trawy upstrzone czerwienią maków polnych.

Pociski nie szanowały piękna tych pierwszych kwiatów wiosennych. Z dominującej nad okolicą góry Monte Cairo, ze wzgórza klasztornego i Piedimonte Niemcy strzelali ogniem nękającym z dział wszelkich kalibrów. Wróg znał doskonale topo­grafię okolicy. Wiedział, że te cztery pociski, od­dane kolejno po sobie w jedno miejsce z dział dokładnie wstrzelanych w cele, muszą zniszczyć szosę dojazdową, zapalić skład paliwa lub roz­bić skupisko samochodów. W przerwach między ostrzejszą wymianą ognia całkowicie to mu wy­starczało, a nam codziennie przynosiło nowe stra­ty w ludziach i sprzęcie.

Po kolejnej serii nękającej, skierowanej w są­siednią dolinkę, zapadała cisza, która nie przy­nosiła jednak odprężenia, odwrotnie – denerwo­wała i trzymała człowieka w napięciu, bo a nuż za chwilę granaty upadną właśnie tutaj. I tak było zawsze, trzy, cztery razy dziennie.

Ale mimo wszystko, gdy cisza przewlekała się dłużej, na stanowiskach budziło się życie, jeszcze ukryte, zamaskowane przed wzrokiem wrogich ob­serwatorów i snajperów, ale już rozlegały się roz­mowy, tu i ówdzie błysnął ognik z papierosa, zazgrzytało na kamieniu pudełko otwieranych konserw. Czasami taki spokój trwał dłużej, kiedy indziej przerywał go jazgot karabinów maszyno­wych, własnych lub wrogich.

Wiosna, świeża zieleń i te miliony rozkwitłych czerwonych maków na skałach pokruszonych wy­buchami pocisków, rozluźniały napięcie, budziły myśli o trwałości życia i sile przyrody.

Był kiedyś taki dzień, w którym cisza trwała dłużej, niż zwykle. Obsługa cekaemu ukry­tego wśród pogruchotanych kikutów drzew wygrzewała się w słońcu. Żołnierze prowadzili przyciszoną rozmowę o sprawach codziennych, pozornie mało ważnych, dalekich od otaczającej ich grozy śmierci.

I nagle rozmowy urwały się w pół zdania. Obsłu­ga cekaemu patrzyła w napięciu przed siebie, zdu­miona, zaskoczona, nie wierząc własnym oczom.

Oto przed nimi, wśród leżących na ziemi ob­ciętych wierzchołków drzew i gałęzi kicał spokoj­nie szarak. Uszczknął trawkę, obwąchał drzazgę drewna, posunął się dalej, przysiadł, strzepnął słuchami, by za chwilę kontynuować wędrówkę po tym przerażającym cmentarzysku lasu. Był tak zajęty, że nie zwracał żadnej uwagi na otoczenie, na zamarłych w bezruchu ludzi. W ostrym słonecznym świetle turzyca nabierała pięknej, zło­tawej barwy, pierś lśniła bielą, słuchy różowiły się delikatnie, pastelowo. Przyciągał wzrok jasną sylwetką na tle okopconych pni i wypalonej ściółki. Był piękny.

Ten zwykły szarak, kicający w oddali, obudził nagle w sercach ludzi twardych, zahartowanych w bojach, dawno nie odczuwaną tkliwość. Z za­partym tchem śledzili jego ruchy. Bali się, by właśnie teraz nie huknęło jakieś działo, nie zajazgotał karabin maszynowy. Chcieli, aby był z ni­mi jeszcze długo, jak najdłużej.

A szarak nie spieszył się wcale z odejściem, przeciwnie – zbliżał się nawet powoli do stanowi­ska ogniowego, przysiadał, nasłuchiwał, bo wła­śnie nad szczytami gór ciągnęły z głośnym dud­nieniem eskadry amerykańskich bombowców.

Ludzie z obsługi cekaemu nie odrywali wzroku od kicającego szaraka, wpatrywali się w niego jak urzeczeni. Ten zając, tu, w najcięższym mo­mencie żołnierskiego życia – przypomniał im Pol­skę. Szli ku niej długą i daleką drogą. Czy ją kiedyś zobaczą, czy dojdą przez te najeżone bunkrami pasma górskie, przez pala minowe i za­pory broni maszynowej?

Szarak już się oddalał, znikał za kikutami drzew, ale oni wciąż jeszcze odprowadzali go wzrokiem. Zniknęły im sprzed oczu wysokie szczyty górskie, parasole palm nad Adriatykiem i zielone kwadraty winnic. Ich miejsce zajął obraz pól rozległych, pokrytych chrzęszczącym od mrozu śniegiem, lśniącym srebrzyście w księżycowej poświacie, od którego odcinały się czarne sylwetki żerujących zajęcy. Z oddali dobiegało monotonne poszczekiwanie psa, migotały światełka w oknach chat, w których żyłi ludzie bliscy, swoi, oczekujący na ich powrót.

Szarak na stokach Monte Cassino przypomniał im jeszcze jedno – najważniejsze: że tu, na wło­skiej ziemi, choć odziani w angielskie mundury Vl armii dowodzonej przez amerykańskiego generała – biją się za wolną Polskę.

Leopold Pac Pomarnacki / fot. commons.wikimedia.org (Hans Hillewaert), archiwum “Łowca Polskiego”