fot. Shutterstock

Myśliwi dla przyrody

0
1619

W wielu dyskusjach o łowiectwie nasi przeciwnicy stawiają tezę, że myśliwi zajmują się wyłącznie zabijaniem, a cała nasza opowieść o ochronie przyrody jest jednym wielkim kłamstwem.

Tymczasem Fundacja Ochrony Głuszca – którą wspierają głównie myśliwi – od ponad dziesięciu lat finansuje projekty edukacyjne, badawcze oraz ochrony czynnej.

Każdego dnia kilkanaście tysięcy łowców wyru­sza do łowisk. Zbieramy wnyki, sadzimy remizy, kosimy śródleśne łąki i ograniczamy liczebność drapieżników. Czy nasze działania są wystarczające? Na miarę dzisiejszych potrzeb i czasów? Nie mnie oceniać, ale chcąc działać w tym obszarze, ponad dziesięć lat temu wspólnie z kolegami założyliśmy fundację, której zadaniem miało być wspieranie programów edukacyjnych, badawczych i ochronnych.

Po wielu latach doświadczeń mie­liśmy świadomość, że czasy spokoj­nego i beztroskiego polowania się skończyły. Wyjątkowo skutecznej degradacji środowiska naturalnego przez człowieka towarzyszy narasta­jąca popularność organizacji i ruchów faszerujących opinię publiczną populi­styczną ideologią. Dlatego w naszych działaniach musimy opierać się na wynikach badań naukowych oraz realnie chronić środowisko naturalne. Głównym zadaniem naszej fundacji miała być ochrona ginących kura­ków leśnych, ale szybko okazało się, że nasze działania nie mogą ogra­niczać się wyłącznie do głuszców i cietrzewi. Szczególnie wówczas, gdy zgłasza się do nas o wsparcie kolega – ornitolog i myśliwy – dla którego życiową pasją są gęsi gęgawy.

Badania i ochrona

Bartosz Krąkowski zadzwonił do redakcji „Łowca Polskiego” z pyta­niem, czy nie jesteśmy zainteresowani opisaniem projektu obrączkowania gęsi pod Poznaniem. Pomysł był bar­dzo interesujący, ponieważ gęgawy otrzymywały nie tylko metalową obrączkę na wiosło, ale również żółtą obrożę na szyję, dzięki której w czasie ich długiego życia można je wie­lokrotnie identyfikować. Tematem zainteresowała się Fundacja Ochrony Głuszca, a nasze kontakty przerodziły się w stałą współpracę, w której FOG odpowiada za finansowanie tego fan­tastycznego programu.

Przez siedem lat naszej współ­pracy udało się oznakować ponad 600 gęgaw, a międzynarodowa spo­łeczność obserwatorów zgromadziła ponad 25 tysięcy zgłoszeń obecności ptaków, które pierzyły się w okolicy Kiszkowa. Projekt obalił często przy­taczany argument naszych przeciwni­ków, że gęsi łączą się w pary na całe życie. We łzawych bajkach prezen­towanych przez pseudoekologów myśliwi mieli rozbijać trwałe związki i przyczyniać się do wielkiego cierpie­nia gęgaw i postępującego spadku ich liczebności. Tymczasem nasze bada­nia dowodzą, że mamy coraz więcej gęsi, co prawdopodobnie ma związek ze zmianą ich trybu życia na osia­dły i zmniejszeniem liczby upadków, które są nieodłącznym ryzykiem podczas migracji. Nasz projekt ponad wszelką wątpliwość wykazał, że część populacji nie migruje i większość roku spędza w naszym kraju!

Dzięki nadajnikom GPS pozna­liśmy wiele skrzętnie skrywanych tajemnic gęgaw i teraz możemy dużo efektywniej kształtować warunki bytowania tych ptaków oraz chro­nić lęgi. Cena jednego urządzenia wraz z jego późniejszym utrzyma­niem wynosi około 10 tysięcy złotych. Oszczędnie gospodarując środkami, jakie wpływały do FOG z jednego procenta podatku PIT, udało się sfi­nansować zakup i obsługę 17 obroży, które rzucają całkiem nowe światło na biologię tego gatunku – wyniki tych badań wielokrotnie prezentowa­liśmy na łamach „Łowca Polskiego”.

Warto w tym miejscu wspomnieć, że przy okazji tropienia gęsi drużyna łapaczy obrączkuje również łabędzie krzykliwe, a także młode żurawie, dając podwaliny do uruchomienia równoległych projektów. Jeden z nich dotyczy kaczek, które w naszych warunkach stanowią obszar pra­wie całkowicie jeszcze niezbadany… Miejmy nadzieję, że już wkrótce się to zmieni i że obok tajemnic gęsi będziemy mogli ujawnić nowe infor­macje z życia kaczek.

Chcemy na przykład sprawdzić, w jakim stopniu kosze lęgowe mogą nam pomagać w obrączkowaniu i wyposażaniu osobników lęgo­wych w urządzenia monitorujące ich aktywność. Wystartowaliśmy w tym roku – niewielkim kosztem kilkuset złotych Bartkowi udało się wyko­nać 14 koszy lęgowych dla kaczek, a pierwsze informacje o zasiedleniach będziemy mogli podać już za miesiąc. Równolegle poszukujemy stanowisk lęgowych jednej z najrzadziej wystę­pujących w Polsce kaczek i liczymy, że uda nam się wystartować z między­narodowym projektem monitoringu świstunów, który przygotowaliśmy we współpracy z naszymi angielskimi partnerami.

Wielkie i małe projekty

Przeglądając sieć internetową bez trudu odnajdziemy wpisy, w których myśliwi z różnych stron świata pre­zentują swoje dokonania w obszarze badań i monitoringu gatunków łow­nych. Amerykanie w ramach fun­dacji „Kaczki bez granic” wykupili tysiące hektarów terenów bagiennych. Zajmują się rewitalizacją tych tere­nów i dbają, aby stanowiły idealne oraz bezpieczne miejsce lęgowe. Sztab naukowców cały czas bada, co może szkodzić naturze i jak możemy temu przeciwdziałać. Dodatkowo w ten prosty sposób myśliwi zapewniają sobie ciszę w czasie łowów, ponieważ żaden przeciwnik polowania nie może wtargnąć na prywatny teren!

Niemcy chwalą się, że w zna­czący sposób wpływają na populację dziuplaków, ponieważ instalują 270 tysięcy budek lęgowych. Bardzo często montują je na ambonach myśliw­skich. Wspólnie z pszczelarzami pro­mują również użyteczne pasy roślin miododajnych wśród wielkoobszaro­wych pól. Korzystają z nich zwierzyna i pszczoły, a rolnicy mogą produkować cenną biomasę.

Anglicy przywracają cietrzewie i pardwy na wrzosowiskach. Jedno­cześnie opracowali stosowny zbiór dobrych praktyk. Stosując się do tych zasad, skutecznie przywracają natu­rze pospolite niegdyś w całej Euro­pie kuropatwy szare. Badania wspiera sam książę Filip, a dla potwierdzenia metody brytyjska fundacja GWCT finansuje pokazowe projekty w Danii, Niemczech i na Litwie. W takich oko­licznościach nikogo nie zdziwi infor­macja, że te myśliwskie badania i eks­perymenty uwzględniane są podczas tworzenia prawa i mają niebagatelny wpływ na kształt systemu dopłat dla rolników, służąc tym samym tamtej­szej przyrodzie.

Oczywiście nieodłącznym elemen­tem tego rodzaju działań jest zna­lezienie sposobu finansowania. Bez wątpienia liderem w skali i w roz­machu są Amerykanie dysponujący wielkimi funduszami. Ich flagowy program kaczych znaczków współ­tworzył w 1938 roku sam prezydent Roosevelt. Prosta idea – aby zapolo­wać na kaczki, każdy myśliwy musi w danym roku wykupić specjalny znaczek pocztowy – przyjęła się zna­komicie i stanowi do dziś niedości­gniony wzór łowieckiego finansowa­nia programów ochrony przyrody i spektakularny przykład sukcesu.

Jeszcze więcej pracy

Ale nawet nie mając dostępu do decydentów ani możliwości zdo­bycia miliardów euro nie należy załamywać rąk. Wbrew opinii mal­kontentów, nasz kraj wciąż jeszcze pozostaje niemal dziewiczym obsza­rem. Kraje Europy Zachodniej dawno już zdegradowały swoje środowisko naturalne i aby zobaczyć pozytywne efekty, muszą w ochronę przyrody wpompować ogromne kwoty. Wystar­czy wyjechać za granicę, by zauwa­żyć, że tamtejsze pola i lasy nie tęt­nią życiem. W czasie wakacyjnego wyjazdu do Włoch zauważyłem, że ślady obecności zwierzyny drobnej skończyły się na moście na granicz­nej Olzie. Przejeżdżając nieopodal opisywanego na łamach „Łowca Pol­skiego” łowiska w Neudorfie – słyną­cego z najwyższego stanu liczebności zajęcy w Europie – na próżno łudzi­łem się, że wypatrzę na polach zna­jome kształty. Nie widziałem nawet jednego bażanta. Wszystkie perfekcyj­nie wykoszone alpejskie łąki rów­nież były puste… W Toskanii – gdzie występuje ponoć najwięcej zwierzyny w całej słonecznej Italii – wokół agro­turystycznego gospodarstwa, w któ­rym mieszkałem, rozciągały się pola i laski, na których żyło po kilka saren i zajęcy, a nawet jeden dzik. Porów­nując ten teren do mojego bardzo przeciętnego łowiska w Polsce, muszę przyznać, że w zestawieniu z toskań­skim rewirem obwód mojego koła to prawdziwe łowieckie eldorado!

Naturalnie, mam świadomość, że nigdy nie będziemy dyspono­wać nieograniczonym budżetem na ochronę przyrody. Nie liczę również na finansowany z budżetu państwa ogólnopolski program przywracania wrzosowisk i terenów bagiennych, na których w przy­szłości będą tokować cietrzewie. Nawet nie liczę, że w Minister­stwie Środowiska będzie rozpatry­wany pomysł wyłączenia kilkuset tysięcy hektarów lasów państwo­wych, aby głuszce miały gdzie zakła­dać gniazda i wychowywać swoje pisklaki. Znam realia i nie liczę rów­nież na ministra rolnictwa, który nie powiąże dopłat unijnych do rolnic­twa z zadaniem odtwarzania trzy­metrowych miedz, w których będą się mogły odradzać nie tylko nasze kuropatwy, ale również skowronki, derkacze i czajki.

Wiem natomiast, że jako myśliwi powinniśmy robić tyle, ile możemy. Zarówno w sferze edukacji dzieci, jak i w kwestii ochrony bioróżno­rodności naszych łowisk. Corocznie kilkuset łowców decyduje się przeka­zać nam swój jeden procent podatku PIT. Wszystkim serdecznie dziękuję i zapewniam, że cała suma, którą zbierzemy w tym roku, również zostanie spożytkowana we właściwy sposób. Od samego początku działa­nia naszej fundacji wszyscy pracu­jemy w niej społecznie, więc kwota 40–50 tysięcy, która corocznie zasila nasze konto, w całości zostanie przeznaczona na kolejny ciekawy projekt, którym będziemy mogli się pochwalić nie tylko w naszym myśliwskim środowisku, ale rów­nież wśród tej części społeczeństwa, która rozumie, że łowiectwo to nie tylko zabijanie.

Tomasz Żyrek, prezes zarządu Fundacji Ochrony Głuszca

Reklama