Nie ma jak Lwów

0
332

Minęły czasy lwowskich łowców: Dzieduszyckich, Wodzickich, Mniszków, Starzeńskich i tylu innych nemrodów, których nazwiska odnajdujemy w archiwalnych rocznikach prasy łowieckiej. Nie ma też rozciągającej się w pobliżu miasta kniei, gdzie jeszcze w połowie XIX wieku polowano na żubry.

Pierwsza wojna światowa przyczyniła się do zdziesiątkowania zwierzyny, ale po 1918 roku jej populacje wspólnymi siłami odtworzyli leśnicy i myśliwi wprowadzający w życie zasady prawidłowej gospodarki łowieckiej. Wytężona praca na tym polu dała dobre rezultaty, czego dowodem były wyniki rykowisk w Karpatach w latach 30. XX wieku. Odstrzałem byków interesowali się wtedy myśliwi z Egiptu, Belgii, Austrii, Niemiec i Czechosłowacji. Książę Henryk Lichtenstein, jeden z najlepszych myśliwych Europy, powiedział nawet, że rykowiska w Karpatach, gdzie dzierżawił 50 tysięcy hektarów, są przeżyciem bardziej emocjonującym niż polowanie na tygrysa w dżunglach Indii.

Już w 1838 roku powstało we Lwowie Miejskie Towarzystwo Myśliwskie, mające charakter elitarny. Przez przeszło 20 lat kierowali nim znani miłośnicy łowiectwa i zasłużeni prezesi: dr Aleksander Małaczyński i Marian Kafka. Obaj poświęcali dużo czasu i energii, aby dźwignąć
z powojennego upadku wyniszczone tereny łowieckie. Ich starania i osiągnięcia znalazły uznanie, w dowód czego Polski Związek Stowarzyszeń Łowieckich w Warszawie przyznał Miejskiemu Towarzystwu Myśliwskiemu we Lwowie medal  złoty za troskliwą gospodarkę łowiecką. Towarzystwo znalazło poparcie u dyrektora Zarządu Miejskiego we Lwowie p. Szandrowskiego, który umożliwił myśliwym … […]

Cały tekst w czerwcowym numerze “Łowca Polskiego”

Piotr Załęski

Reklama