fot. NAC

Nim zajaśnieje gwiazda

0
881

Można nie oddać strzału, można nawet nie podnieść broni, ale polować w tym dniu trzeba. Tradycja wigilijnych łowów jest przebogata, a świadczą o tym liczne myśliwskie wspomnienia.

Słusznie pisał Janusz Meissner, że polowanie w wigilię Bożego Narodzenia ma swój specjalny urok, którego nie zrozumieją zwykli śmiertelnicy.

Jan Szeptycki tak zapamiętał święta u ojca w Przyłbicach, na Kresach Rzeczypospolitej (dziś zaś na Ukrainie): „Wilia rano. Błękitny, mroźny mrok jeszcze otula zasypany śniegiem świat. Ale w domu już budzą się światła. Trudno było uleżeć w łóżku tego rana…”.

W Wigilię rozpoczynała się seria zimowych polowań w dawnej królew­skiej rezydencji – Wilanowie, u hrabiów Branickich. W 1900 roku wśród gości znaleźli się członkowie Klubu Dzielnych Nemrodów, mającego siedzibę w Warszawie przy ul. Smolnej. Wśród nich był Józef Zarembski, myśliwy i hodowca psów. W jego relacji czytamy: „Mróz ośmiostopniowy zaostrzał wiaterek, słońce jednak świeciło jasno i złociło z jednej strony szczyty Ursynowa, dalej Natolin tonął w kępie drzew parkowych, jak przez mgłę widać było Warszawę. Niedługo jednak można się było rozglądać wokoło, na pstrym polu bowiem zaczęły się ruszać szaraki, które przy mrozie wynoszą się daleko przed naganką. Wreszcie na skrzydle padł pierwszy strzał krótki, bez echa, jakiś tępy, głuchy, a wkrótce potem rozpoczęła się kanonada na całej linii. Zające siedziały przeważnie w podorywce. Po siedmiu miotach, przerwanych krótkim, lecz nad wyraz uprzejmym i miłym śniadankiem w pałacu, na rozkładzie mieliśmy …[…]

Cały tekst we grudniowym numerze “Łowca Polskiego”

Piotr Załęski / Tradycje i zwyczaje.

Reklama