fot. Shutterstock

Pijany rykoszet

0
1415

Alkohol znika z polowania. Myśliwy z czerwonym nosem to obrazek sprzed lat, ale zdarzają się jednak incydenty. Są wyjątkowo groźne dla zdrowia i życia, ale i dla wizerunku myśliwych w oczach społeczeństwa.

Pierwsza sobota stycznia. Pod Komarówką Podla­ską od rana poluje jedno z podlaskich kół. Kla­syczna zbiorówka na dziki. Można też strzelać łanie i cielaki, bo plan niedomknięty. Dochodzi 15.00. To już ostatnie pędzenie, bo słońce powoli znika za drzewami. Z miotu wychodzi chmara jeleni. Zwierz mija linię między dwoma strzelcami. Ci puszczają chmarę dla bezpieczeń­stwa do tyłu i niemal równocześnie dają ognia.

Dobrze strzelona łania pada po kilku metrach. Strzał sąsiada prawdopodobnie też dosięga zwie­rza, bo cielak – jak mówią świad­kowie – wyraźnie zaznacza przyję­cie kuli, ale uchodzi. Dopiero wtedy okazuje się, że jeden ze strzelających jest ranny. Któraś z brenek, po przej­ściu przez zwierza, rykoszetuje. Kula wraca na linię i uderza strzelca w udo. Nikt inny tam nie dawał ognia, zatem odmienny przebieg wydarzeń raczej nie wchodzi w grę.

– Wiadomość o wypadku z uży­ciem broni palnej dostaliśmy po 1600 – relacjonuje Piotr Mucha, oficer prasowy Komendy Powiatowej Policji w Radzyniu Podlaskim. – Zadzwonił lekarz ze szpitala. Zgodnie z prawem służba zdrowia musi informować Policję o każdej ranie postrzałowej. Nasi pojechali do szpitala i do lasu. Wstępnie ustaliliśmy, co się tam wydarzyło.

Koledzy odwieźli rannego do szpi­tala, choć z zeznań części świad­ków wynika, że człowiek o pomoc medyczną specjalnie nie zabiegał. Postawa nieracjonalna, bo w udzie tkwiła przecież kula. Skąd ta niechęć? […]

Cały tekst w lutowym numerze “Łowca Polskiego”

Marek Ledwosiński

Reklama