fot. Shutterstock
fot. Shutterstock

Pora na odyńca

0
929

Polowanie na odyńca – sprytnego, niezwykle ostrożnego, a przy tym mściwego – wielu uważa za koronę łowiectwa.

To łowy wymagające zimnej krwi, rozmysłu, a nade wszystko cierpliwości. Jeżeli popełnimy najmniejszy błąd, możemy być pewni, że zwierz go wykorzysta.

Na nogi poderwał go prze­raźliwy terkot budzika. Była piąta. Początek grud­nia, a więc noc jeszcze głęboka. Gdy wyszedł z leśniczówki, otoczyła go cisza i matowa białość śniegu. Zza chmur przezierał księżyc w pełni, a termometr na drzwiach wskazywał –5°C. Przemierzając łowi­sko, dostrzegł wiele śladów dziczej aktywności – buchtowiska na karto­flisku nie zdążyły nawet przymarz­nąć. Gdy zszedł z pola i ruszył duktem przez bukową drągowinę, zauwa­żył rozwalone mrowisko. Postępując powoli, co chwila przystając i lornet­kując las, doszedł do sosnowo-świer­kowego młodnika. Rosły tam poje­dyncze, rozrzucone świerki i młode sosny różnej wielkości. Wtem pod świerkiem, którego gałązki potrącił, zrobił się gwałtowny szum i nagle się urwał. Dzik? Chyba niemożliwe. Śnieg przecież chrupał myśliwemu pod nogami. Czyżby sarna? Stanął jak wryty i rozmyślał, że zwierz stoi również i tak jak on nasłuchuje. Nagle rozległ się ponowny szum, a później odgłos skoku. Nachylił się, by coś dojrzeć. Ale skąd! Mroczno było jesz­cze. Wreszcie usłyszał ciche fuknięcie i odgłos oddalającej się kłusem sztuki. Zatem dzik. Tylko jaki? […]

Cały tekst we grudniowym numerze “Łowca Polskiego”

Bartosz Marzec / Temat miesiąca.

Reklama