fot.pixabay

Przed sezonem

0
33

Wkrótce tak wyczekiwany początek sezonu na pióro! Opowiadanie Leopolda Paca Pomarnackiego świetnie oddaje atmosferę polowania na zlotach.

Autor był nie tylko wytrawnym myśliwym, ale również wielbicielem przyrody, leśnikiem i ornitologiem. Życiorys Leopolda Paca Pomarnackiego (1907 – 1992) to gotowy scenariusz filmu – po wrześniu 1939 roku został zesłany przez Sowietów do pracy w kopalni Workuty, następnie dołączył do II Korpusu Armii Polskiej gen. Władysława Andersa, brał udział w walkach pod Monte Cassino, Anconą i Bolonią. We wstępie do jego znakomitej książki „A było to w kniei” Leszek Ciepliński zauważył, że na żołnierskim szlaku ojczyznę przywoływał Pomarnackiemu nagle, w chwilę po morderczym boju i na przekór grozie, kicający spokojnie wśród zgliszcz i ruin niepozorny szarak…

Jego opowiadania – pełne umiłowania dla rodzinnych krajobrazów – to proza najwyższej próby. Któż jeszcze z takim talentem potrafił opisywać letnie skwarne popołudnia, gdy czerwone, zachodzące słońce „kładzie na wodę ostatnie gorące pocałunki?”. Niech lektura „Rzadkiego spotkania” skróci nam oczekiwanie na 15 sierpnia.

kaczki_01

Rzadkie spotkanie

Oświetlona latarką tarcza zegarka wskazywała godzinę drugą po północy, gdy wyszliśmy z prze­wodnikiem z domu, kierując się wąską ścieżką ku rzece, na której czekała stara, poczerniała łódź rybacka. Gęsta, zamglona czerń wrześniowej nocy otoczy­ła nas i kompletnie oślepiła, toteż posuwaliśmy się wolniutko, badając stopami twardy ubity szlak ścieżki. Dopiero po dłuższym marszu oczy przywyk­łe do ciemności, zaczęły rozróżniać najbliższe przedmioty. Szliśmy drągowiną olszową o mokrym podłożu, lepiącym się do gumowych butów grubą warstwą błota. Czasami w takt naszych kroków plusnęła kałuża wody albo głucho zahuczał pod obcasem wystający korzeń.

Po paru kwadransach takiej drogi zamajaczyły przed nami wysokie strzały nadbrzeżnych drzew. Byliśmy już przy rzece. Przy blasku latarki odnaleź­liśmy łódź i zepchnąwszy ją na wodę, odbiliśmy od brzegu. Płynęliśmy pod prąd, w górę rzeki, odpychając się pojedynczym wiosłem od płytkiego, mulistego dna. Wysokie czarne olsze, porastające oba brzegi, zna­czyły bieg koryta rzecznego wyniosłą kolumnadą, potęgującą jeszcze bardziej panujące ciemności, chociaż na wschodniej stronie nieba zaczęły już rysować się jaśniejsze smugi przedświtu. Towarzysz mój zapalił fajkę i delektował się wonnym dymem.

Nie wiem, jak długo płynęliśmy. W pewnej chwili zauważyłem tylko, że drzewa pozostały w oddali, brzegi zniżyły się, przechodząc w gęste kępy rozkrzewionej łozy, wciśniętej w płowe pasma szuwa­rów, natomiast koryto rzeki rozszerzyło się gwał­townie i zabłysło srebrem rozległej tafli wodnej.

Wpływaliśmy na jezioro. Przewodnik nawrócił łódź w prawo i wcisnął ją z rozpędem w gąszcz trzcin. Po odłożeniu niepo­trzebnego już wiosła, zabraliśmy się do łamania otaczających nas prętów i budowania nad łodzią czegoś w rodzaju daszku. Miał on maskować naszą obecność przed bystrym wzrokiem mających nadla­tywać niebawem stad kaczych, które zakończywszy o świcie żerowanie na dalekich ścierniskach czy bagnach, zlatywały się tłumnie na to dzikie, zagu­bione wśród lasów jaziorko, by spędzić tu czas na drzemce w trawach i szuwarach.

Ukończywszy robotę, usiedliśmy na ławeczkach łodzi. Przed sobą miałem parohektarowe lustro wo­dy, okolone szerokim pasem trzcin i podmokłych, nędznych krzaków. Dalej zielonym pierścieniem rozciągał się wilgotny las złożony z brzozy, świerka, olszy, odsunięty nieco od tafli wodnej kępami bujnie rozkrzewionych łóz.

Dniało. Blada jasność rozrzedziła mroki nocy, wysrebrzyła gładką powierzchnię jeziora, lśniła na złotawym łanie trzcin. Lekki wietrzyk poruszał czu­bami drzew, czesał zielony pióropusz krzewów. Nagle w oddali rozległ się wyraźny gwizd skrzy­deł, zbliżał się, wtórowało mu parokrotne kwaknięcie i na tle nieba ukazała się ciemna sylwetka krzyżówki. Zwiadowca zatoczył duże koło, zlustro­wał niezawodnym wzrokiem okolicę i zapadł z łopo­tem pod krzakiem łozy.

Przez chwilę panowała cisza, aż wreszcie gdzieś nad lasem zrodził się głośny szum, przypominający poryw silnego wiatru. Z furkotem hamowanego skrzydłami rozpędu, spore stado kaczek zawirowało nad naszymi głowami, rozsiadając się z pluskiem szeroko na lustrze wody. Poprzez badyle trzcin do­strzegłem szare sylwetki ptaków siedzące nierucho­mo z wyciągniętymi bacznie szyjami. Na złożonych skrzydłach migotały tęczowe błyski granatowych lusterek.

– Po łebkach, panie, po łebkach! – szepnął prze­wodnik.

– Nie wolno – odpowiedziałem specjalnie głoś­no, trzeba strzelać w locie.

Na jeziorze zakotłowało się i kaczki poderwały się gromadnie w powietrze. Strzeliłem do pięknego z wyraźnie zieloną głową kaczora. Spadł. Drugi strzał nie dał już rezultatu. Nie przebrzmiał jeszcze szmer odlatującego stada, a już znad zębatej ściany lasu nadciągnęła nowa pierzasta gromada, zapada­jąc tak blisko łodzi, że krople wody obryzgały nasz prymitywny schron. Znowu krzyżówki. Lecz zanim podniosłem broń, kaczki z głośnym kwakaniem poderwały się do lotu. Zdążyłem jednak zrobić ładnego dubleta.

Robiło się coraz widniej. Gdzieś za lasem ukazy­wało się słońce. Woda mieniła się srebrną łuską. Pogubione piórka kacze w podmuchach wietrzyka żeglowały wolno po jeziorze.

Nowy głośny szum rozległ się w powietrzu. Wiel­kie stado cyranek zawirowało kilkakrotnie nad taflą wody i upadło na nią z pluskiem. Kilka sztuk krążyło jeszcze nad jeziorkiem. Dwa strzały rozdarły ciszę.

Odtąd stado za stadem nadlatywało bez przerwy, a lufy strzelby nagrzewały się coraz bardziej. Lecia­ły, nie zrażając się widokiem martwych towarzy­szek. Dopiero wschodzące wysoko słońce zakończy­ło ten wspaniały zlot.

Mój przewodnik wstał i wiosłem odrzucił trzcino­wy dach. Teraz bez przeszkód mogłem spojrzeć na jezioro. Całe lustro wody było obficie upstrzone pierzem pogubionym przez biesiadujące tu od ty­godni rzesze ptactwa. Przybrzeżna trawa zdeptana i powalana odchodami świadczyła niezbicie o wiel­kiej ilości kaczek biorących udział w zlotach.

Niemal bezszelestnie wypłynęliśmy na rozlew, by zebrać ubitą zwierzynę. Płynąc wolno, zdążyłem jeszcze dostrzelić dwa postrzałki. Licząc głośno – układaliśmy ciężkie ptaki na dziobie łodzi. Składa­jąc ostatnią podniesioną sztukę, przewodnik wy­prostował się dumnie, zadowolony z osiągniętego wyniku. Szesnaście kaczek stanowiło obecnie naszą zdobycz, a przecież mieliśmy jeszcze w południe powrócić tu z wyżłem, by wyłapać postrzałki.

Okrążając wzdłuż przybrzeżnych zarośli lustro wody, skierowaliśmy łódź w ciemne koryto rzeki. Płynęliśmy wolno z prądem, nieznacznymi tylko ruchami wiosła przyspieszając podróż. Jechaliśmy w milczeniu kiedy nagle przewodnik ścisnął mnie gwałtownie za łokieć. Uniosłem głowę i… skamieniałem. O pięćdziesiąt kroków przed nami, na wystającym z wody grubym korzeniu siedziała oświetlona słońcem ogromna wydra. Pożerając jakąś rybę. Nabita strzelba leżała na kolanach, toteż nieznacznym ruchem podnio­słem ją do ramienia, odsuwając jednocześnie bez­piecznik.

Płynęliśmy blisko brzegu w cieniu rozłożystych koron drzew i to, jak również zadowolenie z upolo­wanej ryby sprawiło, że czujny drapieżnik nie do­strzegł naszej obecności. Przytrzymując zdobycz przednimi łapami, szarpał ją zapamiętale, nie zwra­cając uwagi na otoczenie.

Byliśmy oddaleni o jakieś 40 kroków, kiedy opa­nowując wzruszenie i tremę – strzałem w łeb zrzuci­łem wydrę w nurt rzeki. Gwałtownym uderzeniem wiosła wypchnęliśmy łódź do przodu, zbliżając się do owego korzenia. Teraz przewodnik zahamował i błyskawicznie zrzucając buty i spodnie, bacznie przyglądał się powierzchni wody.

– O, jest! – wykrzyknął po chwili z radością.

W ciemnym nurcie bagnistej rzeki błysnęły po chwili wydobywające się z wody pęcherzyki powie­trza. Teraz przewodnik skoczył w nurt, sięgający mu tu do pasa i wyciągnął brunatną, bardzo starą wydrę, samca.

Była to pierwsza ubita wydra w moim życiu. Przewodnik ubierał się szybko, ja zaś poruszałem rytmicznie wiosłem, kierując łódź ku widniejącemu w oddali zakrętowi, przy którym znajdowała się nasza przystań.

Choć był to wrzesień, słońce dogrzewało. Ze zgrzytliwym krzykiem dwie czaple wolno ciągnęły nad drzewami w kierunku jeziorka. Dziób łodzi zawrócił w lewo i uderzył lekko o płaski w tym miejscu brzeg. Byliśmy już na miejscu.

Leopold Pac Pomarnacki

JS / fot.pixabay, Kramer Gary, U.S. Fish and Wildlife Service (public-domain-image.com), Mariusz Sidorowicz (commons.wikimedia.org)