fot. organizator zawodów – 7. Brygada Zmechanizowana Republiki Czeskiej

Snajper z „Rysia”

0
388

Co jest podstawą sukcesu zarówno w kniei, jak i na poligonie? Mówi o tym starszy szeregowy Adam Czaja, strzelec wyborowy i myśliwy.

Pod koniec kwietnia w pobliżu miasteczka Bzenec na czeskich Morawach odbyły się międzyna­rodowe zawody snajperów i strzelców wyborowych. Wzięło w nich udział 74 żołnierzy, policjantów i żandarmów z Wielkiej Brytanii, Włoch, Francji, Niemiec, Finlandii, Czech, Słowacji, Słowenii, Belgii i Polski. Nasz kraj reprezentowały dwie pary strzelców wyborowych z 21. Brygady Strzelców Podhalańskich, w tym nasz kolega, członek Koła Łowieckiego „Ryś” z Prze­myśla, st. szer. Adam Czaja, specjalnie nagrodzony za spektakularny strzał w zapalnik ręcznego granatu.

– Większość polskich myśliwych wiedzę o strzelcach wyborowych czerpie z filmu „Wróg u bram”. Jeszcze mniej wiemy o snajperskich zawodach. Na czym polegała ta impreza?

– W najprostszych słowach była to w miarę realistyczna inscenizacja sytuacji bojowych, z którymi na polu walki może się zetknąć strzelec wybo­rowy.

Arbitrzy oceniali poziom tak­tyki i same umiejętności strzeleckie. W sumie około 30 konkurencji, gdzie strzela się na dystansie od 25 do 600 metrów. O części z nich, niestety, nie wolno mi mówić. Generalnie cho­dziło o wytrzymałość fizyczną, sztukę kamuflażu, umiejętność wykrycia celu i precyzję strzelecką.

– Zilustrujmy rzecz przykładem. Którymś z mniej tajnych…

– Sędziowie określają obszar, w któ­rym jest cel. W tym wypadku makiety z wizerunkami terrorystów. Podkra­damy się niepostrzeżenie na odległość 150 m od celu. Pełne maskowanie. Sędziowie przez lunety obserwacyjne z 60-krotnym powiększeniem starają się nas wytropić. Kogo dostrzegą – ten odpada. Wykrywamy cel i… pięć godzin w absolutnym bezruchu, w oczekiwaniu na komendę otwarcia ognia. Cały czas z celem w krzyżu lunety, bo nie wia­domo, w którym momencie, dosłownie na kilka sekund, w umówionym miejscu wyskoczy w górę znaczek z moim nume­rem. Wreszcie jest sygnał! 10 sekund na oddanie dwóch celnych strzałów. To nie koniec bezruchu, bo sędziowie dają sobie kilkanaście kolejnych sekund na wykrycie zawodnika po śladach strzału – podmuchu trawy, najmniejszym dymku z niedoczyszczonej lufy. Nas nie wykryli, więc kolejny sygnał, tym razem dany gwizdkiem. W jednej chwili zbieramy manatki i pędzimy w kierunku „unieszkodliwionych” celów. Kilkanaście kilogramów broni i wyposażenia i 30 sekund na pokonanie 150 metrów. Nor­malnie – nic strasznego. Ale nie po pięciu godzinach leżenia w całkowitym bez­ruchu! Bez specjalistycznego szkolenia nawet wysportowanemu człowiekowi „zatrą się” stawy.

– W czeskich mediach pojawiła się wiadomość, że strzelaliście z zamkniętymi obiektywami lunet. O co chodziło?

– To jedna z ciekawszych konkuren­cji. Kazano nam przyjąć postawy leżące na przedpolu. Cel to zwykły rzutek z myśliwskiej strzelnicy, przyklejony do tarczy. Odległość – 300 m. Sędziowie każą wymierzyć w cel. Każdego lojalnie pytają, czy rzutek w krzyżu. Potem, ku naszemu zaskoczeniu, zasłaniają obiektyw lunety kartonową przysłoną. […]

Cały tekst w czerwcowym wydaniu “Łowca Polskiego”

Marek Ledwosiński
fot. organizator zawodów – 7. Brygada Zmechanizowana Republiki Czeskiej

Adam Czaja. 30 lat. Starszy szeregowy 5. Batalionu 21. Brygady Strzelców Podhalańskich w Przemyślu. Etat służbowy – strzelec wyborowy. Na zawodach w Czechach uplasował się w połowie stawki. Członek Koła Łowieckiego „Ryś” w Przemyślu. Myśliwy w trzecim pokoleniu

 

Reklama