Święto naszego patrona

0
183

W dniu patrona myśliwych życzmy sobie, abyśmy zawsze pamiętali, że naszym najważniejszym obowiązkiem jest ochrona rodzimej przyrody i kultywowanie pięknych łowieckich tradycji.

Życzymy naszym Koleżankom i Kolegom
By dalej chronili polskie knieje,
Służąc ojczystej przyrodzie.

Niech święty Hubert ma was w swojej opiece
I hojnie darzy podczas łowów!

Redakcja „Łowca Polskiego” / fot. Archiwum “Łowca Polskiego”

W tym uroczystym dniu nie wolno nam zapomnieć o czworonożnych towarzyszach łowów. Razem z ptakami łowczymi i końmi mogą przecież wziąć udział w mszy hubertowskiej! O tym jak są nam drodzy, najlepiej świadczy opowiadanie, które przed laty nagrodzono w naszym konkursie literackim.

Na ambonie

Stoi w stotrzydziestym szóstym na Potempowej Łące. Zbudowana z grubych okrągla­ków, zadaszona, z wygodnymi ławkami i podłużnymi okienkami do obserwacji. Trzy kar­łowate świerki sięgają koślawymi czubami jej podłogi, a dwie sosny, niby straż przyboczna, stoją po lewej i po prawej. Ambona ma solidną drabinę, do której prowadzi z linii leśnej wy­deptana ścieżka.

Od wczesnej wiosny do późnej jesieni żerują na Potempowej jelenie. Spotkasz je nie tylko w nocy, nad ranem czy wieczorem, ale nierzadko i w godzinach popołudniowych. Na początku lipca, kiedy pierwsza trawa została już skoszona, a łąka przystroiła się w nową zieloną szatę, chętnie przychodzą tu łanie ze swoim przychów­kiem.

Sierpniowe wieczory w poniedziałki i piątki spę­dzałem wraz z Inką na ambonie. Widzę ją jak dziś: powoli i ostrożnie, krok za krokiem, pokonuje dziesięciometrową przeszkodę i z pewnym nie­pokojem patrzy w dół, czy podążam za nią. Ogląda każdy kąt skromnie unządzonoj ambomy, potem siada naprzeciw mnie, a jej ciemne oczy zdobione długimi rzęsami i dobrze zaznaczonymi brwiami mówią o przeżywaniu wielkiej przygody. Z zapartym oddechem obserwuje przeciwległą ścianę lasu, gdzie żeruje koścista łania z dwo­ma figlarnymi cielętami. Pomimo, że nie siedzimy tak blisko siebie, słyszę bicie jej serca. Bije z emocji.

Nagrzany promieniami sierpniowego słońca dzień dobiega końca. Słoneczna kula stacza się po ozłoconych wierzchołkach sosnowego boru. Za chwilę nadejdzie zmierzch i codzienna walka dnia z nocą.

Wysoko na niebie szybuje klucz dzikich kaczek. Po kilku minutach dzwoniącej w uszach ciszy z drągowiny, przylegającej do przeciwległego boku prostokątnej łąki, wychodzi nasz znajomy dwunastak. Stanął na zielonym dywanie, obej­rzał się za siebie, opuścił ciężki łeb ozdobiony pysznym, przyszłościowym wieńcem. Białawe odnogi wspaniałego poroża ostro zarysowały się na tle ciemniejącego już lasu. Inka nie odrywa od niego wzroku. Byk podchodzi kilkadziesiąt kro­ków w kierunku naszej ambony. Odruchowo podnoszę lornetkę i pomimo zapadającego zmierzchu widzę grube perły ciemnego wieńca. Jeszcze kilka kroków i piękny obraz znika nam z pola widzenia.

Tymczasem ona w sposób bezszelestny, w jaki to tylko może zrobić stały bywalec kniei, z za­partym oddechem przechodzi na moją ławkę, by jeszcze choć kilka sekund podziwiać wspaniałe zwierzę. Białe odnogi zamajaczyły w starodrzewiu i byk utopił się w ciemności. Z lewej, od strony rowu melioracyjnego, mignęła smukła sylwetka lisa, a potem już gęsty welon nocy pokrył łąkę.

Daleko za Mikulinami krzyknął spłoszony żuraw. Na niebie pokazała się wyraźnie Wenus, a od strony Krywałdu zawiało chłodem. No tak, to już dwa dni po świętej Hance.

Ona usiadła na moich kolanach i przytuliła się do mnie. Noc już zupełnie pokonała dzień i niepodzielnie zapanowała nad światem. Głębo­ka cisza, nieco inna od tej porannej czy po­południowej, zapanowała nad lasem. Niebo wyiskrzyło się filuternie mrugającymi gwiazdami, a my siedzieliśmy bez ruchu prawie już godzi­nę. Zasnęła… Nie będę jednak jej budził. Po­siedzimy tak sobie do północy, a może i dłużej. Przecież szorstkowłosa jamniczka nie waży aż tyle, bym nie mógł utrzymać jej na kolanach na­wet do samego rana.

Erwin Dembiniok