fot. Shutterstock

W rytualnym kręgu

0
293

Choć już w XVIII stuleciu ostrzegano, że „nie godzi się żadnych zabobonów do myślistwa zażywać”, łowieckie przesądy przetrwały i mają się dobrze.

Zmianie uległ tylko ich charakter. Dziś traktowane są jako pretekst do opowiedzenia historii czy wspomnienia kolegi po strzelbie.

W kwietniu 1965 roku dwóch dżentelme­nów – Marek Piotr Krzemień, autor fundamentalnych prac o kulturze łowiec­kiej, i jego mentor Andrzej Łepkowski, znakomity artysta plastyk – jechali razem na polowanie na wiosenne kaczory do Czernichowa, do łowi­ska krakowskiego koła „Złom”. Była jeszcze głęboka noc, gdy prze­jeżdżali przez uśpioną – zdawałoby się – wioskę. W pewnym momencie Łepkowski krzyknął na całe gardło: „Stój!”, czym przyprawił siedzącego za kierownicą wartburga pana Marka o palpitacje. „Jezu Chryste! – prze­szło Krzemieniowi przez myśl – Czyż­bym na moment zasnął i kogoś w tym czasie potrącił?!”. Obawy te nasiliły się jeszcze, gdy Łepkowski wyskoczył z auta i raźno pognał w ciemność.

– Na szczęście pełne – powie­dział pan Andrzej z wyraźną ulgą, gdy po chwili, już zrelak­sowany, na powrót zajął miejsce w samochodzie.

– O czym ty mówisz? – wydusił z siebie wciąż półprzytomny ze zde­nerwowania Krzemień.

– O wiadrach, rzecz jasna! – obru­szył się Łepkowski. – Nie widziałeś tej kobiety idącej przez podwórze? […]

Cały tekst w lutowym numerze “Łowca Polskiego”

Bartosz Marzec

Reklama