Walka o rogi

0
64

Zbieranie zrzutów to dla jednych hobby, dla innych zaś – sposób podreperowania domowego budżetu. Rozpoczął się wyścig po „marcowe klejnoty”!

Wyruszyliśmy ciemną lutową nocą. Warkot terenowego diesla rozbrzmiewał wśród morenowych wzgórz rozdzielających olbrzymie popegeerowskie areały Pomo­rza Zachodniego. Obszaru największego bezrobocia, a zarazem, o ironio, najbo­gatszych latyfundystów ziem polskich. Powojenne olbrzymie zalesienia stały się dzisiaj ostoją zwierzyny. Raj dla myśliwych, a dla miejscowych źródło dochodu.

Wiktory – to od nazwiska. Tak mówią o nich wszyscy miesz­kańcy Reska. Żyją borem i z lasu. Myśliwi od pokoleń. Punkt skupu dziczyzny, podkładacze psów, obsługa polowań dewizowych, a nawet sklep wędkarski. Ogrom przyjaciół od Tatr do Bałtyku. Cho­dzą za zrzutami, zwłaszcza ojciec. Prawdziwy „szpenio”, potrafi w sezo­nie odnaleźć ponad sto sztuk, wiele z lat ubiegłych.

Wkradłem się w ich łaski. Cho­dziłem z nimi tydzień – od świtu do obiadu. Ojciec – pięć sztuk, ja i syn Mati – zero. Pocieszał mnie jednak i mówił, że ma kolegę, który pierwsze zrzuty znalazł dopiero za pięćdziesiątym trzecim razem.

Wychodzimy z lasu i widzę z daleka, że na polu oziminy leży poroże. Idę i z daleka głośno liczę odnogi. Nagle zza moich pleców wyłania się ryczący quad z dwoma zamaskowanymi męż­czyznami. Są szybsi, jeden z nich sięga po „moje” poroże i triumfalnie je pod­nosi, drugi pokazuje mi środkowy palec i jak na spowolnionym filmie odjeżdżają.

Brak sukcesu rodzi nałóg. Znowu ruszam z Wiktorami. Chrzęst zamarz­niętego rzepaku pod naszymi butami kaleczy wszechogarniającą ciszę. Ciem­ność nieoczekiwanie zakłócił błysk światła jakby spadającej gwiazdy. Po chwili następny. Co to jest? […]

Zbigniew Jakle