fot. pixabay.com

Wigilia w lesie

0
41

Do wigilijnej wieczerzy zasiadają z nami nie tylko ci obecni.

Dwudziestego grudnia zaczął sypać gruby i gęsty śnieg, za dwa dni stanęły autobusy, a na stacji kolejowej w Jastrowiu dowiedziałem się, że pociąg nocny z Warszawy z trudem doszedł tylko do Piły. Byłem odcięty od domu, a śnieg padał dalej.

Głos żony w słuchawce telefonicznej brzmiał przez chwilę smutno, ale zaraz nabrał tonów autorytatywnej decyzji.

– Nie szarp się – mówiła – bo cię tam gdzieś po drodze przysypie. Zostań na święta w leśniczówce, wrócisz, jak przetrą drogi. Ja pójdę na wigilię do Stefuni.

Leśniczy, gdy mu to powiedziałem, roześmiał się.

– Widzi pan, jak to jest! – zawołał. – Żona się martwi, że pan do domu nie wróci, a my znów cieszymy się, że pan u nas święta spędzi. Będzie weselej.

Rano, w przeddzień wigilii zaprzęgliśmy Kubę do drewnianego pługa śnieżnego, by choć trochę oczyścić śródleśne drogi. Leśniczy zamierzał po południu rozwieźć do paśników zapas snopków owsa i liściarki dla sarn i jeleni, wysypać parę worków ziemniaków pastewnych dla dzików.

– Niech zwierzyna na święta nie głoduje – mó­wił. – Przecież las to moje gospodarstwo, trzeba o nim myśleć.

Był to dzień bardzo pracowity i kiedy wieczorem wracaliśmy do domu znużeni, ale zadowoleni z wykonanego zadania, zmęczenie parowało z nas pew­nie tak samo jak z Kuby, nad którym unosił się marznący opar potu. Śnieg był coraz rzadszy, mróz krzepł, za chwilę ujrzeliśmy światła okien leśni­czówki.

Ranek powitał mnie pełnym słońcem, olśniewają­cym blaskiem śniegu i powietrzem jak lodowy kryształ. Leśniczy wyszedł do mnie na ganek.

– Ma pan szczęście – powiedział. – Taka pogoda na święta! Po śniadaniu pójdzie pan sobie polować, a my zakrzątniemy się koło wilii. Dzieci nam pomogą.

Urwał, frasobliwie potarł brodę.

– Trochę się martwię – dorzucił – opłatka na stół wigilijny nie mamy. Tak się z tym śniegiem stało… A dzisiaj to już nie da rady – skąd!

– To nie jest największy kłopot – uspokoiłem go. – Możemy się przełamać chlebem. Opłatek to właś­ciwie chleb, tyle że w innej postaci.

– Racja – zgodził się łatwo – tak zrobimy.

Nie myślałem o polowaniu. Jeszcze w takim dniu. Wigilijne polowania, stary myśliwski obyczaj – podejrzewam, że chytrzy mężczyźni wymyślili go, by w najpracowitszym dniu roku znikać z domu, zwa­lać całą robotę na ręce kobiet, wracać pod wieczór „ciężko spracowani” z jakąś tam większą czy mniej­szą zdobyczą i w blasku łowieckiej chwały siadać do gotowego stołu wigilijnego. Sądzę, że mam rację.

Łaziłem cały dzień po lesie, podglądałem chmarę jeleni podchodzących ostrożnie do paśnika, medytowałem nad głęboką rynną wyciśniętą w śniegu piersią ciągnącego dzika, śledziłem tropy lisów i zajęcy. Dubeltówka dyndała mi na ramieniu jak rek­wizyt potrzebny, ale niepraktyczny – strzał z niej byłby mi dziś świętokradztwem. Nasiąkałem cały pięknem, dojmującym blaskiem i uciszeniem ziemi, czekającej pod śniegiem na wiosenne przebu­dzenie.

Pod wieczór wróciłem do leśniczówki. Stół w jadalni był już przygotowany, mój przyja­ciel z V-tej klasy – Staś, zapalał świeczki na choince, jego młodsza siostra Kasia usadzała na kredensie cały rząd lalek, które powinny być w tym dniu przy kolacji. Policzyłem nakrycia – cztery dla rodziny leśniczego, jedno dla mnie i jeszcze dwa – dla kogo? Ach tak, to dla Walewicza, pewnie zaraz zejdzie z góry, a to ostatnie dla kogoś nieobecnego, jak we wszystkich polskich domach.

Walewicza znałem od lat, stary robotnik leśny przylgnął do Zagórza, mieszkał tu i pracował – wyrabiał w lesie karpinę, czyli wykopywał stare pniaki z korzeniami, cenny surowiec na terpentynę. Przyjechał w te lasy gdzieś od Grodna, z taborami I Armii i ranny na Wale Pomorskim tu pozostał. Żona z dziećmi mieszkała tam „za Bugiem”. Dlaczego ich nie sprowadził? Nie pytałem starszego człowieka, delikatna sprawa.

Wszedł leśniczy, położył pod choinką lniany wo­rek z prezentami, zawołał żonę. W tej chwili rozle­gło się skrzypienie drewnianych schodów, to scho­dził Walewicz. Wszedł do jadalni, gdy staliśmy już wokół stołu, w ręku niósł dużą torbę papierową, podszedł do kredensu i do fajansowej wazy wysypał laskowe orzechy, po czym stanął obok swego miej­sca i spojrzał na stół. Zatrzymał wzrok na dużej kromce chleba leżącej w posłaniu z siana na talerzy­ku. Zmarszczył brwi, podgarnął dłonią szpakowate wąsy i uśmiechnął się.

– Panie leśniczy – powiedział ze śpiewnym ak­centem – ja właśnie w tej sprawie.

Spojrzeliśmy na niego zdziwieni, a on sięgnął ręką do wewnętrznej kieszeni świątecznej marynar­ki, wyjął z niej płaski pakuneczek i rozwijając go na stole, zaczął mówić:

– Mnie, znaczy się wtedy, jak z I Armią jechałem w te strony, żona to dała.

Z osłony białych papierów wyjrzał, leżący na cienkiej deseczce niewielki opłatek, owalny w kształcie, o poszarpanych brzegach. Spoglądaliś­my zaskoczeni, z narastającym wzruszeniem.

– On był większy, dużo większy – ciągnął Wale­wicz – tyle zostało. Ona mi powiedziała: Ty, Ziuk, weź go z sobą, jeden Bóg wie, kiedy my się zobaczy­my, a może wcale. Tak ty na każdą wiliję skubnij tego opłatka i tak będzie, jakbym ja z tobą była. Ja tak robił – tyle lat. A ot w tym roku, wiecie o tym panie leśniczy, zmarło jej się. A u was opłatka nie było, powiedziałeś mi, panie leśniczy, rano. Tak ja przyniósł swój, mnie on już niepotrzebny. Połammy się nim na szczęście, dla rodziny i kraju. Proszę was.

W milczeniu podszedł z talerzykiem do leśnicze­go i jego żony, potem do mnie i do dzieci. Bez słowa łamaliśmy delikatnie pożółkłe skrawki, całowaliś­my się obrzędowo. I dalej była cisza, jakby już wszystkie słowa zostały wypowiedziane. Dopiero, gdy usiedliśmy za stołem, Staś przerwał milczenie.

– Tatusiu! – zawołał – ten opłatek smakował mi żywicą!

Walewicz roześmiał się.

– Ot, prawdę mówi! – powiedział. – Ja go zawsze trzymał w żywicznych deseczkach, żeby mi go roba­ki nie zjedli.

Potoczyła się nagle ożywiona rozmowa, w której prym trzymały dzieci. Bo tak w tym dniu być powinno.

Spoglądałem na starego Walewicza. Ze smakiem zmiatał z talerza grzybową zupę, lecz co chwila popatrywał na puste nakrycie, stojące obok. Ja też kilka razy zatrzymałem na nim wzrok.

Płynęły minuty wigilijnej wieczerzy w łagodnym blasku świec choinkowych, w cieple dobrych myśli; polska uczta obecnych i nieobecnych, wszystkich którzy się kochają.

Jan Edward Kucharski / fot. pixabay.com