fot. Rafał Łapiński

Właśnie nas podliczyli

0
4205

Gdy przeliczymy liczbę hektarów szkód do oszacowania i pomnożymy przez stawkę godzinową likwidatorów, to wyjdzie, że trzeba zapłacić pół miliarda złotych! A myśliwi robią to za darmo!

Aktywiści ekologiczni donieśli mediom o milionach złotych zarabianych na zabijaniu zwierząt. Zestawili przychody z polowań komercyjnych, dodali te ze sprzedaży tusz, odjęli łaskawie wielkość wypłaconych odszkodowań i wyszedł imponujący zysk. Leśnicy i myśliwi znów oberwali. Jakoś nikt się nie zająknął, że „tajne” dane ekologów pochodzą z raportu Głównego Urzędu Staty­stycznego, który opracowano na podstawie sprawozdań Polskiego Związku Łowieckiego – a tam jest trochę więcej danych.

Właściciel zwierzyny w stanie wolnym wymyślił dawno temu i narzucił ustawowo powszechną zasadę, że wszystko, co wyjęte z lasu, musi do niego w jakiejś formie wró­cić. Każda zatem nadwyżka wypracowana w ramach gospodarki łowieckiej musi(!) być wydana na poprawę warunków bytowania zwierząt. Zyski OHZ czy koła łowieckiego nie lądują w kieszeniach myśliwych tylko trafiają do naszych łowisk.

Pomińmy tutaj zakazywane właśnie dokarmianie, pomińmy nawet pasy zaporowe i urządzenia łowieckie. Pomińmy też ochronę upraw przed szkodami, gdzie ogrodze­nie jednego hektara elektrycznym pastuchem lub siatką leśną kosztuje dwa do sześciu tysięcy złotych. Ktoś jednak zakłada i uprawia poletka zgryzowe. Ktoś rekultywuje śród­leśne łąki. Ktoś inny sadzi owocowe drzewka, buduje wodopoje i zakłada remizy. Ktoś w końcu zatrzymuje w środowisku wodę, tworząc obiekty małej retencji. Tym kimś są leśnicy i myśliwi. Nikt inny. Rekordowe w naszej historii stany zwierzyny grubej jed­noznacznie potwierdzają, że tak właśnie się dzieje i że ma to wymierny sens.

Kilka lat temu uchwalono i podpisano ustawę o centralnym funduszu odszkodowaw­czym, która dziwnie i w ciszy została zablokowana na poziomie budżetu państwa. Nikt nawet nie pyta, co się z nią stało i dlaczego. Przecież idea była słuszna, założenia satys­fakcjonujące dla rolników, solidarny udział kilku stron, ale w ostatniej chwili policzono koszty!

Odszkodowania łowieckie były jeszcze do udźwignięcia, rzecz jednak rozbiła się o obsługę szkód. Wojewodom przyznano po kilka etatów dla rzeczoznawców, którzy mieli się tym zająć – niecała setka fachowców na cały kraj. Trochę to skromnie, zważyw­szy, że na co dzień szkody są szacowane przez 5–7 tysięcy myśliwych. Ale to też tylko logistyczny drobiazg.

Gdy przeliczono liczbę hektarów do oszacowania szkód (przynajmniej dwukrotnie w sezonie), pomnożono przez stawkę godzinową likwidatorów szkód, a twarde dane zaczerpnięto z zakładów ubezpieczeniowych, to wyszło, że ktoś musi za to zapłacić rocz­nie 500 000 000 zł. Tak – pół miliarda! Rolnicy mają płacić? Nigdy w życiu! Niedawny eksperyment z sołtysami dokładnie to pokazał. Państwo? O! I tutaj właśnie ustawa roz­biła się o budżet.

Być może powinny płacić organizacje obrońców zwierząt? Niech poczują swój udział w realnej ochronie przyrody. Póki co, nikt za to nie płaci, bo myśliwi robią to za darmo! Niech zatem każdy następny, który zacznie liczyć krociowe zyski z łowiectwa, dobrze się nad tym zastanowi, bo jedyne, na co będzie go stać, to wybicie zwierzyny do nogi.

Paweł Biliński / Kulą w miot.