fot. Shutterstock

Wspólnik na rękawicy

0
87

O sokolnictwie, które przetrwało pięć tysięcy lat i stanowi rodzaj sztuki, wie prawie wszystko Henryk Mąka, pracownik Stacji Badawczej PZŁ w Czempiniu.

Polowanie z ptakami łowczymi jest nie tylko jego namiętnością, ale także niewyczerpanym źródłem inspiracji artystycznej.

Gdy pan Skrzetuski z panem Podbipiętą, jadąc koń w koń, roz­prawiali o ścięciu za jed­nym zamachem trzech pogańskich głów, gdzieś w górze zaszumiały skrzydła i z wrzaskiem okrutnym przeciągnęło stado żurawi. Mknęły gonione przez raroga, którego białe pióra, oświetlone słońcem, błysz­czały jak samo słońce na pogodnym błękicie nieba.

– Podobno istnieją trzy ideały piękna: koń w galopie, statek pod pełnymi żaglami i kobieta w tańcu – mówi Henryk Mąka. – Jeden z moich nauczycieli i znakomity sokolnik Grzegorz Dzik skomentował tę teorię następująco: „Człowiek, który wypo­wiedział te słowa, z pewnością nie widział sokoła”.

Jak pamiętamy z lektury „Ogniem i mieczem”, raróg puszczony przez wołoskiego posła łowy zakończył bez­krwawo, ale pan Skrzetuski nie mógł mieć o to najmniejszej pretensji. Ści­gając niesfornego towarzysza łowów, namiestnik natrafił bowiem na prze­wróconą na gościńcu kolaskę, którą podróżowała Helena Kurcewiczówna, późniejsza pani jego serca. Już miał ją powitać słowami: „Jeśliś jest śmier­telną istotą, a nie bóstwem…”, gdy nadjechał sokolnik z obręczą. Bogini nadstawiła rarogowi rękę, na której ten zaraz usadowił się, przestępując z nogi na nogę. Namiestnik, pra­gnąc uprzedzić sokolniczego, chciał zdjąć ptaka, gdy nagle stało się coś dziwnego: „Oto raróg, pozostawiw­szy jedną nogę na ręku panny, drugą chwycił się namiestnikowej dłoni i zamiast przesiąść się, począł kwilić radośnie i przyciągać te ręce ku sobie tak silnie, że się musiały zetknąć”. […]

Cały tekst w listopadowym numerze “Łowca Polskiego”

Bartosz Marzec