fot. materiały prasowe

Z własnym księżycem

0
413

Pomyślmy, do ilu tragedii mogłoby nie dojść, gdyby myśliwi polujący nocą na czarnego zwierza dysponowali termowizyjnymi monokularami.

Ten sprzęt, do niedawna będący wyłącznie w wyposażeniu wojska i sił specjalnych, a dziś coraz tańszy i powszechniej dostępny, pozwoli nam rozpoznać ze stuprocentową pewnością, czy widoczna na kartoflisku plama to odyniec, czy też amator młodych ziemniaków z pobliskiej wioski.

Termowizory, lub jak kto woli kamery termiczne, są urządzeniami opto­elektronicznymi, które wykrywają i analizują tempera­turowe promieniowanie podczer­wone. Może żaden naukowiec mnie nie przeklnie, jeśli sprowadzę to do twierdzenia, że przetwarzają obraz na podstawie różnicy tem­peratur. O przydatności termowizji w łowiectwie można pisać wiele, ale główną ich zaletą jest zna­cząca poprawa bezpieczeństwa oraz łatwiejsza identyfikacja celu.

W opinii wielu myśliwych, zasto­sowanie wszelkich wynalazków uła­twiających polowanie – takich jak termo- czy noktowizja – pozostaje w sprzeczności z etyką łowiecką. Jako argument słyszymy zwykle, że „zwierzynie powinno się dać szansę”. Zapytam zatem, o jaką szansę chodzi? Bo w moim przeko­naniu o wiele istotniejsze jest wyeli­minowanie ryzyka postrzelenia człowieka (o takim dramatycznym przypadku pisze w tym numerze „Łowca Polskiego” Marek Ledwo­siński). A może problem w tym, że myśliwy wyposażony w opto­elektronikę może być bardziej sku­teczny w polowaniach? To także nonsens! Kwestię liczby odstrze­liwanej zwierzyny regulują wszak roczne plany łowieckie.

Oczekiwania organów państwa wobec polskich myśliwych w ostat­nich latach balansują na granicy absurdu. Z jednej strony panuje powszechne przyzwolenie na …[…]

Cały tekst w lipcowym numerze “Łowca Polskiego”

Michał Budzyński