fot. Shutterstock

Zając arcypolski

0
75

Życie często kończy się niespodziewanie. Między kolejnym wydaniami naszego miesięcznika odszedł Grzegorz Russak, człowiek wielkich zasług dla kuchni, tradycji łowieckich i kultury dawnej Rzeczypospolitej.

Gdy debiutowałem na łamach „Łowca Pol­skiego” ładnych kilka lat temu, tremę miałem dość sporą, bo wcześniej znacznie na rzeczonych łamach obecny był pan Russak, a przecież nikt inny nie znał równie dobrze naszej myśliw­skiej tradycji kulinarnej. Trema była nieuzasadniona, wynikała jedy­nie z szacunku do zawodowych umiejętności pana Grzegorza, a nie z faktu wchodzenia w jego kompe­tencje. To prawda, że przez długi czas obaj naraz byliśmy kulinar­nymi felietonistami tego samego czasopisma, a nasze teksty niemal ze sobą sąsiadowały, prawda też, że pisaliśmy o tym samym, a mia­nowicie o kulinarnym wykorzysta­niu dziczyzny, prawdą jest jednak również to, że w gruncie rzeczy pisaliśmy o czymś zupełnie innym. Pan Grzegorz poruszał się bowiem wyłącznie w obrębie granic daw­nych dziedzin Piastów, Jagiellonów oraz inszych monarchów elekcyj­nych, ja zaś od tych ziem i trady­cji trzymałem się raczej z daleka, na dalekoświatowe wody się zapusz­czając. Knieje odleglejsze penetrując, starałem się pokazywać Szanow­nym Czytelniczkom i Czytelnikom, że również gdzie indziej ochoczo dziczyznę pałaszują, a choć często warunki myśliwskie mają skrom­niejsze (w końcu nie wszyscy mogą pochwalić się tak znacznym are­ałem lasów, jak Polska), to dziczy­znę znają, lubią oraz jedzą, gdyż – i to jest w tym kontekście najważ­niejsze – mogą ją dostać.

Godzi się jeszcze raz przypo­mnieć ów praktycznie niepojęty paradoks: otóż jeden z najwspania­lej zalesionych krajów Europy, kraj o jakże starych i jakże słynnych tra­dycjach myśliwskich, kraj eksportu­jący co roku tysiące ton dziczyzny do Niemiec, Włoch czy też Francji z własnej woli pozbawiał owej dzi­czyzny swych własnych niepolują­cych obywateli. Tak właśnie było nie tylko wówczas, gdy zaczynałem pojawiać się na niniejszych łamach, tak było jeszcze całkiem niedawno. […]

Cały tekst w listopadowym numerze “Łowca Polskiego”

Robert Makłowicz