fot. Włodzimierz Puchalski

Zimowe tradycje

0
703

Leśniczy rozstawiał po sze­rokim trakcie. Po obu stro­nach drogi rozciągały się straszliwie zbite i otulone pierzyną śnieżną młodniki. Czuby choinek uginały się pod ciężarem nawisów śnieżnych, tworząc mozaikę przypominającą białe leśne zjawy. Niewiele lepiej prezentowali się wolno idący gęsiego myśliwi. Sześć pochy­lonych do przodu sylwetek, okrytych kożuchami, z baranicami założonymi na uszy i noszących wysokie skórzane buty, zamykało miot. Siódmym łowcą był leśniczy, który miał na sobie długi zielony płaszcz i lisią czapę ze zwi­sającą za kołnierz kitą. Wyglądał jeszcze dziwaczniej od pozostałych. Torował im przejście, pozostawiając za sobą śnieżną rynnę. Co kilkadzie­siąt metrów wyznaczone stanowisko zajmował kolejny myśliwy.

Cztery hektary młodników two­rzyły klasyczny prostokąt. Na jednym z węższych boków ustawili się dwaj gajowi z psami, a na drugim flanku­jący leśniczy, Augustyn. Przeciwległy do traktu bok wyznaczała wartko pły­nąca rzeka. Tej części nikt nie obsta­wiał. Ucieczka przez rzekę wydawała się mało prawdopodobna. Wszyscy byli okropnie zmęczeni. Zanim zaczęli obstawiać miot, musieli przebyć pie­szo ponad pięć kilometrów. Wysoki śnieg dał im się dobrze we znaki.

Przygotowując polowanie, zamó­wili sanie u doktora, ale ten nad ranem musiał pojechać do porodu. Obiecał, że przed południem do nich dołączy. Nie było wyjścia. Dwa, trzy mioty przepędzą sami, na wię­cej pewnie nie wystarczy im sił. Nie mieli pewności, czy lekarz dojedzie. Poród mógł być trudny, a nieprzewi­dziane komplikacje mogą go zatrzy­mać na dłużej. Jednocześnie dosko­nale wiedzieli, że łowiecka pasja nie pozwoli mu zapomnieć o kolegach.

Augustyn powoli dochodził do linii oddziałowej, na której miał flan­kować. Jako ostatniego na trakcie pozostawił księdza Brożka. Miej­scowy proboszcz poruszał się żwawo, bo był najmłodszym łowcą w tym gronie. Ale i na jego twarzy pojawił się grymas zmęczenia, a pot zalewał oczy. Z wdzięcznością przyjął stano­wisko i usiadł na trójnożnym stołku. […]

Cały tekst w styczniowym numerze “Łowca Polskiego”

Andrzej Klaman

Reklama